Dziesięć dni na karuzeli – Amudena Rutkowska 20/2010

  • Autor: Gałuszka Zenon
  • Tytuł: Dziesięć dni na karuzeli
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Seria z jamnikiem
  • Rok wydania: 1983
  • Nakład: 100320
  • Recenzent: Amudena Rutkowska

LINK Recenzja Marzeny Pustułki

Obywatel Groszek i jego oczy o barwie podlejszego piwa

Przeglądając zawartość kartonowych pudeł w warszawskiej księgarni wojskowej natrafiłam na „Dziesięć dni na karuzeli” Zenona Gałuszki, powieść wydaną w serii z jamnikiem.

Gałuszka nie był mi dotychczas znany, toteż sugerując się samą okładką, na której widniało cygaro i urwany fragment dialogu z jakimś Eddim, uznałam ją za naśladownictwo czarnego kryminału. W pewny sensie jest to prawda, z tym że bohaterem powieści jest nasz rodzimy artysta plastyk Dominik Groszek – specjalista od portretów dziecięcych typu „Wiosenna Ania” czy „Kucająca dziewczynka”(?!) marzący o wernisażach w nowojorskich galeriach.
Poznajemy go, gdy wiedzie urzędniczy żywot za biurkiem jednej z tzw. instytucji kultury. Dziwnym jednak zrządzeniem losu przedostaje się za ocean, gdzie natychmiast wpada w szpony amerykańskiego gangu przemytników, lądując (dosłownie i w przenośni) w samym środku gangsterskiego półświatka. Mamy więc tu barwne opisy wyścigowego slalomu podczas ucieczki przed policją, ukrywania się w starych, opuszczonych garażach i halach fabrycznych, skok do pędzącego pociągu, gdzie następuje kontakt z cowboyem – amatorem salwującym się ucieczką przed nudnym życiem z nudną żoną i pracą w sklepie z damskimi majtkami. Słowem, co godzina, to nowa przygoda, a wszystko w ciągu tytułowych dziesięciu dni. Groszek przemierza bowiem amerykański kontynent w drodze na Zachód, gdzie spodziewa się wybawienia z kłopotów ze strony dalekiego kuzyna, któremu podobno się powiodło.
Przypomina to oczywiście powieść drogi. Jest to efekt, zdaje się, zamierzony, bowiem pod płaszczykiem krytyki konsumpcyjnego świata autor przemyca swoje własne fascynacje amerykańskim kinem przygodowym, spodziewając się tego samego u ówczesnego czytelnika (powieść oddano do druku w 1981, a wydano dopiero w 1983 – z przyczyny… ogólnie znanej).
Książkę przeczytałam naprawdę z dużym zainteresowaniem. Nie wiem kim jest autor, ale rzadko można spotkać się w ówczesnych kryminałach z tak barwnym językiem. Czasem jest jednak tego zbyt dużo. Mam, na przykład, przed sobą z dziesięć stronnic z okładem zdań wielokrotnie złożonych długości połowy strony, a co zdanie, to kolejna metafora. Potem, z kolei, następuje kilka akapitów szybkiej akcji, podczas których napięcie sięga zenitu (trup w garażu, ucieczka przez okno, katastrofa samolotu, rewizja policji, pistolet przy skroni, itp.). Po tak elektryzującej lekturze rozregulowany do reszty czytelnik z radością uspokaja się opisami brzdąkania grupki hipisów przy ognisku.

W ramach recenzyjnej zachęty przedstawiam kilka cytatów, a sama solennie obiecuję jak najszybciej zapoznać się z pozostałą twórczością Gałuszki.

Oto więc…

Pierwszy cytat, w którym dowiadujemy się jak wygląda bohater – narrator, oraz poznajemy niektóre z jego zainteresowań:

„Wesoło zadźwięczało szkło, kiedy stuknąłem się pełnym kieliszkiem z łudząco do mnie podobnym facetem po drugiej stronie lustra. Ten sam zbyt wybujały nos rozdzielający identyczne, przynajmniej na pozór, oczy o barwie podlejszego piwa. Te same opadające na kołnierz piżamy włosy, gęste niczym wyblakła trawa na wydmach z równie rozległą plażą wysokiego czoła.”

Drugi cytat, z krótką i dosadną charakterystyką ówczesnej amerykańskiej muzyki młodzieżowej:

„Powoli, jakby z namaszczeniem podniósł do ust trzymany na kolanie flet i zawodzącym jękiem zawtórował pochylonemu nad gitarą Rockowi. Według mnie, lepiej by zrobił zajmując się czymś innym, na przykład dłubaniem w nosie.”

Cytat trzeci, a w nim zagdaka:

„Stalowy rumak, piszcząc z uciechy zardzewiałym łańcuchem, pogalopował w ciemność.”

Klubowicze, wysilcie wyobraźnię!