Dom cichej śmierci – Marzena Pustułka 117/2010

  • Autor: Kostecki Tadeusz
  • Tytuł: Dom cichej śmierci
  • Wydawnictwo: Śląsk, Wydawnictwo GiG
  • Seria: z Buźką
  • Rok wydania: 1958, 1990
  • Nakład: 40253, 30000
  • Recenzent: Marzena Pustułka



Bogowie, groby i mściciele

Książka Tadeusza Kosteckiego „Dom cichej śmierci” należy do serii kryminałów anglosaskich. Rzecz dzieje się tym razem w mglistym Albionie, konkretnie na przedmieściach Londynu.

I rzeczywiście od początku jest mglisto, dżdżysto i ponuro. Młody Jack Granmore przyjeżdża do swojego stryja, archeologa, profesora Królewskiego Uniwersytetu, wezwany naglącym, ale również tajemniczym listem. Długo moknie pod drzwiami, dom wydaje się wymarły, za to otaczający dom ogród rozbrzmiewa dziwnymi odgłosami i szmerami, co potęguje jeszcze nastrój grozy i tajemniczości. Tak właśnie rozpoczyna się ta książka, a potem napięcie tylko rośnie. Jack zostaje w końcu wpuszczony do domu, ale to nie oznacza, że robi się miło i przytulnie. Wręcz przeciwnie. Domownicy wydają się zgnębionymi kłębkami nerwów, odpowiadają  na pytania monosylabami, ich wypowiedzi są chaotyczne ale i tajemnicze. Przede wszystkim Jack dowiaduje się, że nikt go nie wzywał, profesor wprawdzie napisał kiedyś ten list, ale zrezygnował z wysłania go. Kto zatem sprawił że list zawędrował do adresata? Zagadka. Następnie Jack zostaje poinformowany o tajemniczej śmierci swego kuzyna Roberta. Wprawdzie lekarze stwierdzili anewryzm serca, ale naprawdę trudno uwierzyć, że młody, zdrowy, wysportowany mężczyzna , przygotowujący się do mistrzostw bokserskich nagle umiera na serce. Poza tym w domu mają miejsce inne dziwne wydarzenia – tajemnicze włamanie i kradzież kilku eksponatów ze zbiorów profesora ( jako się rzekło, profesor był archeologiem, wielkim znawcą historii i kultury Majów), śmierć dozorcy, listy z pogróżkami, dziwne szmery i odgłosy, jakby dom odwiedzały całe tabuny duchów każdej nocy. No  i w końcu trup, znaleziony na trawniku w ogrodzie profesora, niezidentyfikowany, ale pozbawiony życia w sposób nietypowy – morderca użył narzędzia zbrodni używanego w starożytnym Meksyku – dmuchawki wypuszczającej śmiercionośne strzałki , w których maleńki grot był nasączony bardzo jadowitą trucizną. Lokalna policja jest bezradna, sprawa trafia do Scotland Yardu, zajmuje się nią młody porucznik Hopkins. Kto we współczesnym Londynie potrafi się posługiwać taką dmuchawką? Kim był zamordowany ? Co robił w ogrodzie profesora? Dlaczego wszyscy zainteresowani nie mówią całej prawdy? Co naprawdę rozgrywa się w willi profesora? To tylko niektóre z licznych pytań, na które musi odpowiedzieć sobie porucznik Hopkins.  A kiedy dochodzi do zamachu na życie profesora – napastnicy kroją  go  rytualnym nożem na ofiarnym kamieniu bogini Matki –  sprawa staje się gardłowa. Autor w doskonały sposób stopniuje napięcie, książka naprawdę wciąga, z niesłabnącym zainteresowaniem śledzimy kolejne wydarzenia, tajemnicze i cholernie intrygujące. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn, nudnych opisów, cały czas coś się dzieje. Czy przyczyn tragicznych wydarzeń należy szukać w zamierzchłej historii okrutnych Majów? Czy to zemsta zza grobu wyznawców krwawej bogini Matki, równie niebezpiecznych i mściwych jak egipscy faraonowie ? A może chodzi o jeszcze coś innego? Wielka zagadka i tajemnicza tajemniczość. W rzeczywistości  kryminał ten ociera się prawie o horror. Trochę irytujące dla współczesnego czytelnika jest ciągłe podkreślanie anglosaskości powieści np. przez wtrącanie angielskich słówek, nawet tam , gdzie nie są potrzebne – bez końca bohaterowie powtarzają all right,  sorry, splendid. Ale to nic, zakończenie jest bardzo zaskakujące , chociaż ja, po pierwszym przeczytaniu książki nie mogłam się nadziwić, że na to nie wpadłam. Wszystko podane przecież jak na talerzu, autor umiejętnie podaje nam wskazówki, wystarczy uważnie czytać i myśleć. Niestety. Rozwiązanie zagadki autor przedstawia nam również stopniowo, świetnie operując nastrojem grozy i niepewności ( „Porucznik zwarł kurczowo zęby. Wiedział przecież co stało się w tej właśnie chwili. W piersi narastało wrzenie alarmu.(…) Znowu targnął całym ciałem poryw wewnętrznego buntu (…)Zresztą, nie istniało nic, co by mogło zaradzić na to co zaszło. I nic co by mogło odwrócić to, co przyjść musiało”).  Dopiero kiedy wiemy już wszystko z ulgą zamykamy książkę i wracamy do rzeczywistości bez okrutnych bogów i ich mściwych wyznawców.
Bardzo dobrze się czyta, polecam , szczególnie miłośnikom prozy Kosteckiego.