Złote macki – Grzegorz Cielecki 165/2009

  • Autor: Ziemski Krystyn
  • Tytuł: Złote macki
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1972
  • Nakład: 90000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Nawałnica szpiegów

Lektura „Złotych macek” Krystyna Ziemskiego wzbudziła we mnie skrajne uczucia. Z jednej strony cieszyłem się, że dzieło obfituje w mnogość wydarzeń niczym w filmie Hitchcocka, gdzie początek jest trzęsieniem ziemi, a potem napięcie musi rosnąć. Z drugiej byłem kompletnie  zdegustowany chaosem konstrukcyjnym.

Zaczęło się już od tytułu. Co to nowiem znaczy „Złote macki”? To może znaczyć wszystko i nic. Oczywiście wiemy, że dobry tytuł to połowa suckcesu. Wszak Czytelnik sięga po książkę lub nie, często właśnie z powodu tytułu. Oczywiście w moim wypadku było nieco inaczej. Sięgnąłem, po książka stała pierwsza z brzegu, a ja spieszyłem się na tramwaj linii „35” i musiałem dotrzeć w pięć minut do przystanku „Stawki”, by ruszyć w kierunku kina Femina, gdzie przesiadałem się na „13” lub „26” lecące na Starówkę.
Jestem przekonany, że autorom przyświecała idea tytułu krótkiego (jedno lub dwuwyrazowego ) i to się udało. Natomiast semantycznie kompletna porażka. Bo „Złote macki” – w założenia macki szpiegostwa  i chciwości – oplatającego coraz to nowych bohaterów powieści. A tak naprawdę, jak się sugeruje, człowiek, niemal każdy, jest słaby i może od ręki zostać szpiegiem, przemytnikiem, fałszerzem. Trochę może trudniej zostać byłym hitlerowcem. Ale faktycznie złote macki oplatają raczej prowadzącego śledztwo kapitana… No bo niby dlaczego przez przypadek zgłasza się do niego kumpel dziennikarz tropiący tę samą sprawę co kapitan. Niby dlaczego przyjeżdża do kapitana urodziwa kobitka z Wybrzeża, której wuj okazuje się być powiązany z tą sama sprawą? Tu od razu dochodzimy to rysunku na okładce. Mamy tam dwie tajemnicze postacie, stojące jakby we mgle. Mężczyzna w prochowcu i kapeluszu. To może być szpieg, może być kapitan, może być Sam Spade lub Philip Marlowe. Z kolei w czerwieni występuje postać kobieca. Archetypiczna „Lady in red” Ach, ile tu skojarzeń. Czyżby to mityczna pani Kok, o której wspomina się na początku „Macek”, mająca być mocodawczynią siatki szpiegowskiej, penetrującej z krzaków jedno z polskich lotnisk.? A może to właśnie wspomina dama z Wybrzeża? Moim zdaniem jest zupełnie inaczej. Postacie na okładce to na pewno alter ego autora. Bo Krystyn Ziemski występuje w dwóch osobach – spółki autorskiej– Krystyny Świąteckiej i Wiesława Godziemskiego.
Jako kryminał milicyjny rzecz kompletnie kupy się nie trzyma. Ale jako autoparodia jest to cymesik pierwszej wody. Mamy tu niemal pełną kolekcję motywów występujących w milicyjniaku. Taki minipodręcznik postaci i schematów działań. Dla badacza gatunku powieść kanoniczna.  Swój egzemplarz trzymam na półce obok kaloryfera, by móc w dowolnej chwili sięgnąć.