Zbrodnia bez nazwiska – Grzegorz Cielecki 105/2009

  • Autor: Majewska Danuta
  • Tytuł: Zbrodnia bez nazwiska
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: Labirynt
  • Rok wydania: 1973
  • Nakład: 120336
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Juliusz Słowacki a turbosprężarki do półautomatycznych kotłów pomocniczych

W jednym ze skeczy Kabaretu Moralnego Niepokoju, bohater formułuje myśl, która z grubsza brzmi na następująco: „Skupmy się na tym, co najważniejsze, to znaczy na babach i wódzie, a reszta wiadomo, sama przyjdzie”. Tego zdania musiał być niejaki Konrad Eberd z Biura Konstrukcyjnego „Stoprojekt” w Gdańsku.

Samo zaś miało przyjść szpiegostwo i szantaż, choć autorka „Zbrodni bez nazwiska” Danuta Majewska, usiłuje mylić tropy. Zaczyna się od domniemanego samobójstwa Wandy Strumieńskiej, mieszkanki dzielnicy Przymorze.
Już w pierwszych zdaniach powieści autorka umiejętnie oddaje depresyjny nastrój Strumińskiej, już to poprzez opis paskudnej krytycznego dnia pogody, już to przez wzmiankę o samym usytuowaniu budynku, w którym mieszka przyszła denatka, a który to budynek twierdzę przypomina. I te pierwsze karty dzieła Danuty Majewskiej są zdecydowanie najlepsze. Już mamy nadzieję, że będzie to interesująca powieść nastroju, przewagi refleksji nad sucho-urzędniczym opisem milicyjnych działań. Jednak nie. Za chwile przenosimy się do zakładu pracy, czyli wspomnianego „Stoprojektu” i wiemy już z dojmującą pewnością, że mgliste  wątki  szpiegowskie zdominują bez reszty ten drugorzędny, acz sprawnie poprowadzony tomik z serii Labirynt.
Rychło po śmierci pani Wandy umiera na zawał Kondrad Eberd, alkoholik i bawidamek, romansujący z kobietami z tego samego zakładu pracy, choć związanego węzłem małżeńskim z całkiem bogatą babką. Nic dziwnego, że zginął na skutek „wprowadzenia do organizmu nadmiernej dawki glikozydów naparstnicy czerwonej”.
Czym zajmuje się „Stoprojekt”? Ano powiedzmy bez owijania w bawełnę, że projektowaniem siłowni do nowo budowanych statków. Wspomina się także o turbosprężarkach półautomatycznych do kotłów pomocniczych. Ach ten polski przemysł, ciężki, przemysł maszynowy i nne przemysły niedoszłej dziesiątej potęgi świata, drugiej Japonii czy co tam kto woli. Kiedyś powinna powstać obszerna praca na temat polskich zakładów penetrowanych przez pokrywające naszą ojczyznę siatki szpiegowskie.
I tu zaskoczenie. W kopercie adresowanej do rzekomego kontrahenta czy też podwykonawcy, milicja znajduje obok projektów, także zdjęcia pornograficzne ukazujące w pełnej krasie jedną z pracownic „Stoprojektu”. Niestety nic bliższego się nie dowiadujemy, gdyż kobieta ta zostaje niemal zamordowana na terenie..tak jest.. zakładu pracy, tu przed mającym nastąpić przesłuchaniem. Tak więc doszliśmy prawie do trzech trupów, mało wiemy o zabójcy i jest dopiero połowa powieści. Duży plus dla Majewskiej. Domyślamy się jednak, że mordercą musi być ktoś z pracowników i jesteśmy pewni, że kapitan Aleksander Urbaniak dojdzie prawdy. Milicjant ma 40 lat, żonę córkę i lokal spółdzielczy. Niestety nie dane mu jest samodzielne poprowadzenie śledztwa. Do towarzystwa dostaje szybko majora Wrzoska z Warszawy. Nie jest to powiedziane wprost, ale nie ulega wątpliwości, że sprawę przejmuje kontrwywiad czyli Służba Bezpieczeństwa.
Zakończenie jest mało typowe. Mianowicie morderca ginie w trakcie ucieczki i dlatego nie można do końca wyjaśnić wszystkich elementów skomplikowanej sprawy. Majewska wykonała więc genialny unik. Oto wszystkie luki, braki i niedociągnięcia „Zbrodni bez nazwiska”  można zwalić na karb śmierci zbrodniarza, który zabrał wiele tajemnic ze sobą do grobu.
Pozostaje jeszcze kwestia wyjaśnienia tytułu. Tu ukłon wobec Juliusza Słowackiego. Otóż dyrektor Iwicki ze „Stoprojektu” ma bzika na punkcie Słowackiego. Jego Słowacki zachwyca. Do tego stopnia, że trzyma na służbowym biurku „Mazepę” i pod byle pretekstem  czyta na głos wybrane ustępy podwładnym. Tytuł powieści wzięła jednak Majewska z „Marii Stuart”: „Ktoś zbrodni dokonał/Spełnił czyn tajemniczy/Zbrodnię bez nazwiska”. Ten passus Iwicki wyrecytował kapitanowi Urbaniakowi z pamięci.
Oczywiście od razu kojarzy się nam Joe Alex, który wszystkie tytuły swoich kryminałów zaczerpnął z tragedii antycznej. Tam jednak bardziej pasowały. Wydarzenia w „Stoprojekcie” jakoś mało kojarzą się z twórczością Juliusza Słowackiego.
Rutynowy kryminał szpiegowski, z nadmiarem postaci i ledwie zarysowanych wątków, ale z kilkoma zaskakującymi pomysłami wynoszącymi tę książkę Majewskiej nieco ponad przeciętną. A to już jest coś. Bo dużo gorsze kryminały milicyjne, też Majewskiej, zdarzało się  czytać.