Szlafrok barona Boysta – Ewa Helleńska 92/2009

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Szlafrok barona Boysta
  • Wydawnictwo: LTW
  • Seria: Kryminał
  • Rok wydania: 2009
  • Nakład:
  • Recenzent: Ewa Helleńska

LINK Recenzja Moniki Przyguckiej
LINK Recenzja Doroty Samborskiej

„SZLAFROK  BARONA  BOYSTA”  CZYLI  JAMES  BOND  W  POLSKIM  WYDANIU

Wydawnictwo LTW wydało właśnie „Szlafrok barona Boysta” Zygmunta Zeydlera– Zborowskiego i jest to pierwsze wydanie książkowe powieści, którą opublikowano wcześniej jedynie na łamach „Kuriera Polskiego” w latach 1958-1959.  Jak zapewnia wydawca, ta obecna pierwsza edycja książkowa jest nieco obszerniejsza niż wersja gazetowa i została przygotowana na podstawie maszynopisu autora.

Główny bohater książki to kapitan Stasiak.  Jest to człowiek utalentowany i doświadczony, zna biegle kilka języków, w przeszłości pracował na rzecz wywiadu angielskiego, jest wysportowany, ma znakomitą pamięć.   Praca w milicji nie jest spełnieniem jego marzeń, gdyż jego umiejętności i doświadczenie nie są należycie wykorzystane.  Kapitan zaczyna więc działać trochę na własną rękę, podejmuje pewne działania wbrew zaleceniom swoich przełożonych.  Już na początku powieści dochodzi do jego spotkania z tajemniczym baronem Boystem.  Kto zacz, nie zdradzę z wiadomych względów. Fragment rozmowy obu panów jest jednak bardzo znamienny.

„- Ach, prawda, przepraszam bardzo, zapomniałem się przedstawić.  Nazywam się Boyst, baron Rudolf Boyst.  Podaję panu moje nazwisko nie dlatego, żeby  pan musiał wierzyć w jego autentyczność, ale dlatego, że jest to forma wymagana przez nasz europejski konwenans. — Mówił doskonale po polsku z ledwie dostrzegalnym cudzoziemskim akcentem.
Stasiak skłonił się i powiedział:
– Mam wrażenie, że pan dość dobrze zna moje nazwisko.  Żeby jednak zadośćuczynić konwenansowi mogę pana jeszcze utwierdzić w tym przekonaniu, że nazywam się Stasiak. Jan Stasiak.”

Nie tylko ta końcowa część wypowiedzi bohatera kojarzy się nam z wielkim Jamesem Bondem.  Stasiak zupełnie nie pasuje do wizerunku typowego polskiego milicjanta z końca lat pięćdziesiątych.  To człowiek światowy,  znakomicie czuje się w każdym towarzystwie, a kobiety szaleją za nim.  Pojawia się tu nie jedna, a cały tłum dziewczyn Bonda, choć nie wszystkie można nazwać dziewczynami. Postacie kobiet są w tej powieści wspaniałe — są piękne, inteligentne, tajemnicze i warte grzechu.  Kapitan Stasiak chętnie przebywa w ich towarzystwie, choć stara się być ostrożny — czy można być pewnym, kim jest naprawdę interesująca nas dama?  Podejrzenia naszego bohatera nie są bezpodstawne — ktoś przeszukiwał jego pokój hotelowy, nagle zaginęło urządzenie podsłuchowe, a piękna kobieta znika bez słowa.

W powieści pojawia się znany nam z późniejszych książek Zeydlera-Zborowskiego niejaki Stefan Downar.  Tu jest  jeszcze porucznikiem, ale już wiadomo, że będą z niego ludzie.  Jego udział w rozwikłaniu bardzo trudnej i skomplikowanej sprawy jest duży.

Niewątpliwie opowieść o przygodach polskiego Jamesa Bonda sprzed pięćdziesięciu lat wyda nam się nieco nieprawdopodobna i niewiarygodna.  Ale jak wspaniale się ją czyta!  Trup ściele się gęsto, bohaterowie znajdują się często w bardzo niebezpiecznych i niezwykłych sytuacjach,  tempo akcji jest szybkie i  na wyjaśnienie wielu zagadek i wątpliwości trzeba czekać do zakończenia powieści.

A co ma do rzeczy tytułowy szlafrok pana barona?  Nie powiem.  Przeczytajcie sami.