Polowanie na szczupaka – Rafał Figiel 114/2009

  • Autor: Joachim Jacek
  • Tytuł: Polowanie na szczupaka
  • Wydawnictwo: Śląsk
  • Seria: Tukan
  • Rok wydania: 1969
  • Nakład: 50281
  • Recenzent: Rafał Figiel

Pałą po jaju

Jak postawić jajko na sztorc? Na stół sypiemy szczyptę soli, zwilżamy lekko szerszy „koniec” jajka i „sadzamy” delikatnie jajo na wysypane kryształki. Prościej jednak będzie uczynić to metodą „siłową”, wymyśloną podobno przez Krzysztofa Kolumba – nadtłuc skorupkę.

Też stoi. Ja jednak zawsze miałem wątpliwości – czy po takiej deformacji można jeszcze nazywać je jajem. Coś podobnego dzieje się także z powieścią kryminalną w Polsce Ludowej. Oto mamy na przykład zapowiadające mocne wrażenia elementy fabuły: stare zamczysko, grono wypoczywających inteligentów, dobrze komponującego się z inteligentami detektywa, zadurzoną w nim piękną dziewczynę, tajne skrytki, morderstwo, a to wszystko jeszcze w rosnącej atmosferze grozy (burza, brak światła, odcięcie od świata). Klasyczna „wyspa bezludna”, a na niej gra dwóch intelektów – pojedynek detektywa z bezwzględnym, przebiegłym przestępcą, czyli to, co każdy miłośnik kryminałów lubi najbardziej. „Polowanie na szczupaka” Jacka Joachima (pod tym pseudonimem kryje się Zbigniew Kubikowski, nie żyjący już prozaik i krytyk literacki) gromadzi wszelkie atuty dobrej powieści kryminalnej. Niestety, jest to powieść milicyjna, a w powieści tego typu „kryminalne jajo” obrywa pałą – przestępca i detektyw z założenia nie mogą być równymi sobie przeciwnikami. Bandzior jest „elementem” i szans żadnych w starciu z aparatem władzy posiadać mu nie wolno, stąd pojedynek zamienia się w polowanie, co zresztą widać po tytule. Milicjant nawet jak jest sam, to jednak zawsze może liczyć na kolegów, który dla niego przetrzepią akta podejrzanych, sprawdzą ich przeszłość i kontakty i w odpowiedniej chwili przez poczciwego sierżanta podrzucą wyniki działającemu w terenie oficerowi operacyjnemu. W związku z powyższym indywidualność Jacka Joachima (bohater powieści nazywa się tak samo jak autor) traci nieco na wartości (choć skądinąd sympatyczny z niego facet) a jego wykształcenie historyczne pełni właściwie rolę jedynie dekoracyjną, pozwalającą mu na pewien czas wtopić się w środowisko mieszkańców zamczyska bez wzbudzania większych podejrzeń. Brakuje również w powieści finezyjnego rozumowania a la Christie, w którym detektyw na ostatnich stronach punkt po punkcie wyjaśnia zebranym wszelkie zawiłości sprawy i bezlitosnym ostrzem logiki przyszpila mordercę do muru. Zamiast tego jest intuicja: „Sam nie byłem niczego pewny. Do ostatniej chwili.” (s.209) Albo : „Wielu szczegółów jeszcze nie znam. W wielu wypadkach działałem na ślepo.” (s.210)
Detektyw, zastawiając pułapkę zdaje się ostatecznie na szczęśliwy przypadek i naiwność przestępcy: „Musiałem liczyć na to, że mimo wszystko połknie przynętę.” (s.215) W końcowym, bezpośrednim starciu z wrogiem Joachimowi towarzyszą dwaj funkcjonariusze w cywilu, tak że niebezpieczeństwo porażki jest iluzją. Kolektyw milicyjny raz jeszcze zwycięża. Na ile autor był świadom owej ułomności „gatunkowej”, kwadratury koła, której w powieści milicyjnej ominąć nie sposób? Pewne światło na tę kwestię może rzucić jedna z końcowych scen „Polowania”. Oto jeden z przebywających w zamczysku historyków przedstawia na końcu książki… własne rozwiązanie zagadki, do którego doszedł bez współpracy z milicją, a które kubek w kubek zgadza się z wynikami śledztwa! Rycerski kapitan MO gratuluje mu oczywiście inteligencji i logicznego rozumowania, ale chwilę potem stwierdza, że być może jest to efekt odziedziczonych po dalekim przodku zdolności paranormalnych. Czy to ironia autora, czy propagandowa próba ratowania honoru milicji? Niech czytelnik rozstrzygnie to sam.