Trzynasty dzień tygodnia – Jarosław Kiereński 1/2008

  • Autor: Ćwirlej Ryszard
  • Tytuł: Trzynasty dzień tygodnia
  • Wydawnictwo:
  • Seria:
  • Rok wydania:
  • Nakład:
  • Recenzent: Jarosław Kiereński

Stan Wojenny czyli trup w koksowniku …

Tytułowy trzynasty dzień tygodnia to już druga książka Pana Ryszarda Ćwirleja, po “Upiorach Spacerujących nad Wartą”, która to zapoczątkowała cykl opowieści o Dzielnym Oficerze Milicji Obywatelskiej Fredzie (jakie niecodzienne imię jak na Funkcjonariusza…)  Marcinkiewiczu. Akcja tej powieści dzieje się kilka lat przed poprzednią książką Ćwirleja, czyli jest to rzadziej spotykany w polskich realiach – prequel. Dodatkowo Ćwirlej staje się prekursorem powieści kryminalnej neo-prlowskiej… pisanej współcześnie.


No dobra, co my tu mamy? Akcja zaczyna się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981r. Z soboty na niedzielę… i jest noc zima ciężka zarówno dla ciemiężycieli jak i dla ciemiężonych. Tej to właśnie nocy Fred Marcinkiewicz znajduje od razu właściwie jeden za drugim dwa trupy. By było jeszcze bardziej tajemniczo to obaj nieżywi są działaczami Solidarności. Równolegle swe działania wynikające z wprowadzenia Stanu Wojennego prowadzi SB i ustala, że obaj zabici ekstremiści (tak wówczas nazywano członków Solidarności dziś zapewne mówiono by o nich terroryści) solidarnościowi byli depozatyriuszami wielkich sum pieniędzy przeznaczonych do wykorzystania w sytuacjach kryzysowych, czyli własnie takich jak stan wojenny i wszystko zależy od tego czy Solidarność zdoła odzyskać i uruchomić te pieniądze (nie chodzi tu o sumy małe, a mianowicie o kwotę rzędu 20 – 30 tys. marek RFN-owskich wówczas to był majątek).
SB by odzyskać (uzyskać?) te pieniądze staje na głowie, milicjanci zaś przykładnie pragną tylko sprawiedliwości. Solidarność na razie nic nie pragnie, bo jak widać dochodzi do siebie, ale jak już dojdzie to wyśle po swą własność supermena (kolejny przykład kariery od zera do bulteriera  w wydaniu Solidarności w 1981r). Następnie fabuła z mniejszym lub z  większym kopytem rusza do przodu. Wóda i bimber leją się jak woda w wannie gdy karp w niej pływa. Wszyscy zaś do samego końca pozostaniemy w gryzących oparach papierosów radomskich i popularnych. W tej powieści odmiennie od poprzedniej gdzie autor kładzie główny akcent na Freda , młodego podoprucznika Brodziaka i niejakiego Grubego Rycha (ta postać w tej książce jest wspominana lecz  tylko tyle) tutaj  porucznik Marcinkiewicz wysuwa się na główny biegun animatora fabuły. Jest inteligentny, dowiadujemy się że pochodzi z dobrej poznańskiej rodziny i ogólnie to ten gwiazdor …(Poznański)… ale oczywiście nie cała milicja składa się z Gwiazdorów.  Na drugim biegunie znajduje się chorąży Olczak,  pół SB-ek, pół milicjant. Notoryczny alkoholik lecz sympatyczny mimo właściwie żadnej kondycji moralnej. Młody świeżo po szkole w Szczytnie porucznik Brodziak to też ważna postać ale w bipolanym układzie między tandemem Marcinkiewicz–Olczak, pozostaje w tyle lecz to nie dziwi bo dopiero po szkole. To były główne gwiazdy drużyny Milicji… a ta wrogów ma bez liku, spotkamy także komandosa Solidarnośći oraz SB-eków …Mam niejasne skojarzenia że kiedyś podobny system jak ten, który panuje w tej książce w sprawie zależności wzajemnej SB i Milicji już kiedyś było to coś jak to co się działo między Abwehrą a SS.
W powieści spotykamy także księży, prostytutki, cinkciarzy, zakonników i jedną cytatą Wiolettę. Celowo nie opisuję szczegółowo fabuły bo ta nie jest najmocniejszą stroną tej książki. Na okładkę też trzeba uważać bo Ćwirlej kontynuuje wspaniałą tradycję „wymownych” okładek. Skupię się na tym, co w książce jest dobre a zapewne lepsze jak w poprzedniej. Przede wszystkim postacie są lepiej napisane i lepiej prowadzone, wiedza o kontekście kulturowym-społecznym i bytowym lat osiemdziesiątych jest godna uznania,szczególnie z punktu widzenia Poznania widać że autor bardzo przeżył i być może wciąż przeżywa tamte czasy. Na pewno mógłby być świetnym scenografem w filmach dziejących się w latach 80-tych niestety poziom wiedzy zapewne byłby przeszkodą i trudno było by iść na wymuszone ekonomią uproszczenia . Na szczęście obecnie prawie żadnych filmów w Polsce się nie kręci więc i problemów mniej. Myślę że takie powieści Neo-PRL-u mogą aż tak ładnie skrzyć się detalami tamtych lat dopóki będą żyć świadkowie tamtych lat i dlatego mamy się szanse dowiedzieć jak smakowała kawa robusta i dlaczego wódka “Bałtyk” była gorsza od pewnego rodzaju bimbru. Zabrakło mi dobrze napisanej postaci kobiecej być może jeśli powstaną dalsze książki tej serii będzie tam jakaś wyrazista kobieta. To by był dobry pomysł, taka przeciwwaga tych wszystkich facetów. Zakończenie książki jest dla mnie troszkę pozbawione sensu. Bo rujnuje całą tezę, która przyświecała książce iż ludzie są dobrzy (oprócz SB) i nagle okazuje się że kanalia wystepuje w przyrodzie równie często jak niekanalia. Taka drobna niekonsekwencja.Trzynasty dzień tygodnia to książka ogólnie lepsza od poprzedniej lecz zakończenie słabe (nawet lekki humor nie poprawia humoru). Słabsze nawet w porównaniu do zakończenia też nieciekawego w poprzedniej ksiażce, lecz wszak zakończenie to nie wszystko i napewno warto przeczytać obie te książki, i mam nadzieje że będą nastepne a  może nurt Neo-PRL-Kryminał będzie miał większą rzeszę przedstawicieli…