Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu” – Pierwsza seta 4

  • Autor: Biengo Witold
  • Tytuł: Gwiazdy spadają w sierpniu
  • Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Graf
  • Seria: seria z Kobrą
  • Rok wydania: 1990
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

Philip Marlowe z Buczków Wielkich

Za lekturę książki Witolda Biengo „Gwiazy spadają w sierpniu” zabrałem się przypadkiem. Krytycznego dnia buszowałem jak zwykle w przepastnym regale z kryminałami w antykwariacie pana Huzika.

Bywam tam jednak na tyle często, że znam niemal na pamięć układ książek ba półkach. Wystarczył mi więc jeden rzut oka, by stwierdzić, że nie ma nic godnego uwagi. Same wyleniałe Labirynty i wciąż te same Czerwone Okładki typu „Zachłanność mordercy”, zalegające wszelkie miejsca z tanimi kryminałami. I wtedy wpadł  mi w ręce Biegno. Wziąłem go do ręki i skojarzyłem, że dwa inne tytuły tegoż autora leżą już gdzieś u mnie w pawlaczu. Chodzi mianowicie o „Bardzo długi czerwiec  oraz „Serce w klatce”.  Na okładce zresztą chwalono te pozycje autora z wybrzeża. Postanowiłem więc nabyć. Po pierwsze, by nie wyjść z pustymi rękami. Po drugie, obiecując sobie solennie, że napiszę recenzję, tak by w Klubie zaprezentować nowego autora. Oto ów tekst.

Głównym bohaterem jest dziennikarz Artur Dembowski prowadzący na własną rękę śledztwo w sprawie śmierci aktorski Evy Bruck. Narracja pierwszoosobowa. Tu już byłem pewien, że książka będzie chandlerowską próbą polskiego kryminału. Moje podejrzenia potwierdzały się w każdą stroną coraz bardziej. Mamy zresztą dwa bezpośrednie nawiązania do mistrza czarnego kryminału.: „Hazel tłumaczyła Mirce po angielsku, że sposobem zachowania przypominam Philipa Marlowe”. Z kolei w innym miejscu sam narrator powołuje się na Raymonda Chandlera.

Możemy więc oczekiwać, że roztoczona zostanie atmosfera pewnej nostalgii i samotności, pojawi się skomplikowany splot wielu wątków, a wyjaśnienie zagadki podsunięte nam na wstępie nie będzie ostatnim. Poza tym oczywiście główna winowajczyni musi okazać się kobietą. Najlepiej zimną blondynką.

Po części nie myłem się. Z zainteresowaniem przemachałem te 260 bitych stron druku powieści rozgrywającej się głównie w… Buczkach Wielkich pod Puckiem. Wspomiana już aktorka Eva Bruck, to oczywiście Polka z pochodzenia, która wyjechała do USA, wróciła a następnie została znaleziona martwa i naga na poboczu lokalnej drogi o marnej nawierzchni. Dembowski pojawia w Buczkach na zaproszenie przyjaciela Eda Mitchella (domyślamy się, że także kiedyś wyjechał a teraz wrócił). Poza stylizowanymi nazwiskami mamy także eleganckie wille i szybkie wozy oraz takie nowinki (rok 1990) jak dobre zachodnie alkohole, muzykę z kompaktów (Milli Vanilli i Cohen) jachty i deski windsurfingowe. Wszystko to zaś na sielskiej polskiej prowincji. Są zresztą także odniesienia społeczno-polityczne umiejscawiające akcję w czasie: „Myliła bidula Kiszczaka z Kuroniem, a KPN z PKP”. (to o Hazel, wystrzałowej żonie Eda ).

Dembowski pojawia się i od razu uczestniczy w oględzinach zwłok. Kojarzy, że skądś znał ofiarę i to właśnie popycha go do rozwiązywania zagadki. Niezależnie oczywiście sprawą zajmuje się milicja w osobie sierżanta Mietka Miotka. Oczywiście, nie muszę wyjawiać, że nasz rodzimy Marlowe radzi sobie o wiele lepiej. Czas płynie leniwie, gdyż wszyscy spędzają go na odpoczynku (mowa o innych gościach Eda) w lesie, nad jeziorem, w okolicznych knajpach. Tymczasem licho nie śpi. Każdy mają jakąś ciemną przeszłość, którą starannie  ukrywa.

Nad całą książka unosi się atmosfera wszechobecnego seksu buchającego z każdej napotkanej kobiety na odległość mili (że użyję odpowiedniego sztafażu językowego). Kobiety są bezpruderyjne, prowokacyjne i bardzo chętnie rozbierają się przy Dembowskim (on oczywiście prowadzi śledztwo i stara się nie mylić ról). Mamy tu więc silny akcent słowiański – otwartość i gorąco w odróżnieniu od amerykańskiego chłodu blondynek  Czuje zresztą swoje ograniczenia : „W Gdańsku umówiłbym się z nią na kawę, ale co mogłem zrobić w Buczkach?”. Wróćmy  na chwilę do nagości: „Nagle Hazel poruszyła się w ciemnościach, domyśliłem się, że zdejmuje sukienkę. (…) Chcę być naga – szepnęła Hazel – zawsze chciałam”. Hazel okazuje się  bardzo dziwną osobą. Niewiele później mówi słynne zdanie: „Nie mogę się pogodzić, że dziewczynki maja dziurki a chłopcy kołeczki”.

Z kolei Mirka zachowuje się zupełnie inaczej: ”Rozpięła najpierw dwie pary błyskawicznych zamków, potem starannie długi pionowy zamek biegnący wzdłuż piersi i brzucha(…) Mirka stała przede mną naga”. Podobne opisy można by mnożyć. Jak na polski kryminał milicyjny to seksu jest tu rzeczywiście dużo.

Próbę stworzenia hybrydy łączącej kryminał milicyjny z czarny można uznać za połowicznie udaną. Może, gdyby książka była pisana teraz wynik byłby lepszy. Mamy czasy bardziej przystające do zachodnich realiów. Oczywiście u Chandlera najważniejszy jest klimat oraz język. Czasem to co u mistrza jest znakomite Biengo ujmuje w sposób rozwlekły i nużący, ale stara się jak może. Nie zmienia to faktu, że miejscami fabuła słabnie. Co do języka zaś, to wyłowiłem kilka zdań dość udatnie idących za Chandlerem. Niestety jest ich stanowczo za mało. Nie podoba mi się także sztucznie wpasowany happy end. A oto i wspomniane smaczki:

1.         Jej obecność stawiała wszystkich na baczność, jeśli wiecie o co mi chodzi”

2.         „Przywarła do mnie cały ciałem. Na sekundę, może dwie. Wystarczyło. Czy ktoś z was opierał się kiedyś o przegrzaną lodówkę?”

3.         Noc minęła spokojnie. Nikt mnie nie walił po głowie. Nikt nie wkładał rąk pod kołdrę”

4.         Byłem gotów pozwolić jej na wszystko i wybaczyć wszystko, bo wiedziałem, że mój namiot będzie tym, do którego przyjdzie wreszcie.”.

Czy ktoś słyszał kiedyś, by piersi kobiety były twarde jak orzechy? Owszem, twarde jak skała, to tak, ale jak orzechy? Pozostawiam szanownego Czytelnika z tym iście chandlerowskim dylematem.