Siemionow Julian „Trzech z wydziału śledczego” – Pierwsza seta 75

  • Autor: Siemionow Julian
  • Tytuł: Trzech z Wydziału Śledczego
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1965
  • Nakład: 30000
  • Tytuł oryginału: Pietrowka 38
  • Tłumacz: Ignacy Szenfeld
  • Recenzent: Maciej Szwedowski
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

Dobra wódka zawsze jest gorzka, czyli rzecz o moskiewskiej milicji

Po słabej powieści węgierskiej z prawdziwą przyjemnością prezentuję szanownym Klubowiczom kolejną pozycję pochodzącą z byłych krajów demokracji ludowej. Chodzi o powieść Juliana Siemionowa „Trzech z Wydziału Śledczego”.

Tytułu oryginału brzmi „Pietrowka 38”, co dla mieszkańców Moskwy oznacza to samo, co dla warszawiaków Pałac Mostowskich, a więc siedzibę stołecznej milicji. Oczywiście polski czytelnik nie miałby takich skojarzeń, tłumacz przerobił zatem tytuł na bardziej uniwersalny. W ogóle na wstępie pragnę podkreślić i pochwalić świetną robotę translatorską wykonaną przez Ignacego Szenfelda. Tłumacz ów nie uląkł się nawet rosyjskiej grypsery, stosowanej przez Siemionowa dosyć obficie i z wielką korzyścią dla książki. Swoją drogą ciekaw jestem, jak brzmią w oryginale takie sformułowania jak: „Czita niech lepiej kilimandżaruje na schodach”, „niech sobie dziadownia szuka śladów”, „knajaj, koleżko”, „chodzić w porucie” czy wręcz „zgrandź kilka ubrań, jakąś tam sikorę, złote cepki, fingle i do trzeciej walizeczki to wszystko”. No i może wie ktoś co to takiego „zdziocha”? Z kontekstu wynika, że rozchodzi o kobietę, ale kto wie? A co znaczy „iść na kimel”?

Julian Siemionow, znany skądinąd jako ojciec radzieckiego agenta Stirlitza/Isajewa („Siedemnaście mgnień wiosny”, „Bomba dla przewodniczącego”, „Major Wicher”), napisał też w swoim czasie szereg powieści milicyjnych, z których najlepszą, moim zdaniem, jest właśnie Pietrowka 38. Miłośnicy tegoż autora dostrzegą tu niewątpliwie charakterystyczne elementy stylu Siemionowa. Po pierwsze – bardzo dobrze operuje autor dialogami, uwielbia zwłaszcza błyskotliwe potyczki słowne pomiędzy antagonistami (tam pomiędzy Stirlitzem, a Muellerem z gestapo, tu pomiędzy dzielnymi milicjantami a miejscowymi żulami i bandytami). Po drugie, bohaterowie Siemionowa często „podróżują” z książki do książki. Tutaj na przykład herszt i organizator bandy, niejaki Prochor, to nikt inny jak oficer kontrwywiadu ROA (Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej Własowa) z wojennej powieści J.S. pod tytułem„Major Wicher”. Po trzecie, dużo tu subtelnej ironii i nawet lekkiej krytyki radzieckiej rzeczywistości (podkreślam – lekkiej. Siemionow należał w swoim czasie do pupilów radzieckich decydentów literackich i wolno mu było nieco więcej niż innym, ale doskonale czuł czego pisać się nie opłaca).

Jak zwykle w powieściach J.S. czas i miejsce akcji są bardzo precyzyjnie określone. Mamy więc moskiewski maj 1962 roku. Na czele KC KPZR stoi Nikita Chruszczow i o pewnych sprawach można już mówić otwarcie. Dowiadujemy się zatem, że profesor Lew Strachow stracił dwóch synów w latach Wielkiej Czystki, ojciec młodego Samsonowa projektował w czterdziestym roku drogę z Magadanu do kopalni „Striemietielnyj” (czytaj – siedział w łagrze), a niejaki Baron, morderca i kokainista (sic) miał tatusia generała NKWD, którego rozstrzelano razem z Berią. Poza tym o polityce nie ma mowy, główny wątek powieści jest na wskroś kryminalny. Co do tej wspomnianej wyżej kokainy, autor umieścił ją w powieści zapewne wyłącznie dla efektu, jako dowód degeneracji moralnej wspomnianego Barona. Nawiasem mówiąc, widać, że Siemionow nie miał dostępu do materiałów fachowych (i nie miał też raczej osobistych doświadczeń z tego rodzaju specyfikami) bo opisy „odlotów” Barona brzmią niezwykle zabawnie, w stylu „jak mały Kazio wyobraża sobie kokainistę”. Cóż, to i tak dużo, zważywszy, że jest to zapewne pierwsza wzmianka o problemie narkomanii w radzieckiej literaturze popularnej, a przypominam, że powieść została wydana w roku 1964. Swoją drogą ciekawe kiedy w polskiej powieści kryminalnej po raz pierwszy wspomniano o narkotykach.

Wracając do rzeczy – oto w maju 1962 roku w Moskwie mnożą się napady z bronią w ręku na rozmaite urzędy i spółdzielnie, a sprawcy posługują się pistoletem zabranym zamordowanemu milicjantowi. W komendzie milicji powstaje specjalny zespół, w skład którego wchodzą funkcjonariusze: Kostienko, Roslakow i jąkający się Sadczikow (dowódca zespołu). Siemionow każdemu z nich poświęca dużo uwagi, każdy ma swoje charakterystyczne cechy i swoje życiowe problemy (jednego chce zostawić żona, drugi już któryś rok nie może dostać mieszkania, trzeci bezskutecznie usiłuje poderwać dziewczynę – koleżankę z kółka cybernetycznego). Ogólnie są to sympatyczne i inteligentne chłopaki o złotym sercu, dowcipne i inteligentne, a kiedy trzeba ofiarne i odważne. Trzeba przy tym powiedzieć, że świat Siemionowa nie jest biało-czarny, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak w innych tego rodzaju utworach. Sami bandyci też nie są przedstawieni jednoznacznie negatywnie, choć niestety nie ustrzegł się autor (nie mógł?) natrętnego pouczania czytelnika o wyższości pracy w kolektywie dla dobra ojczyzny nad pogonią za forsą, babami i wódą. Trochę tego niestety tu jest, aczkolwiek budzi raczej rozbawienie, niż irytację. Ot choćby takie przemyślenia śledczego Sadczikowa na temat związków pomiędzy poezją, a pracą: „(…) – Serce jest takie same zarówno w fabryce, jak i w domu. – Jest różnica – zaoponował Sadczikow. – Fabryka – ta nazwa oschle brzmi, ale to są przecież ludzie. Fabryka – to jest tylko takie umowne pojęcie. Można domy budować, krowy doić, listy roznosić, kominy czyścić. Trzeba jednak, żebyś ludziom nie mówił tylko o samym sobie, ale też i o nich. Popatrz, kto zapisał się w pamięci potomnych? Dostojewski, Puszkin, Lermontow. A jakie mieli ciężkie życie! Impulsy to wielka rzecz. Jeżeli żyjesz stale w różowym obłoku, to jaki z ciebie do diabła, poeta? Jesteś tylko demagogiem i koniec.” Mętne to nieco i bardzo nieprzekonywujące, ale ładnie brzmi. O ciężkiej pracy milicjanta ma nasz Sadczikow do powiedzenia tyle: „Najgorsze w naszej pracy to znienawidzić wszystkich. Grzebiemy się w nieczystościach niczym asenizatorzy, rozumiesz? A ludzi trzeba bardzo kochać! W przeciwnym razie nasza praca nie ma sensu. O to właśnie chodzi, nie ma sensu…”. Nic dodać, nic ująć. Tenże Sadczikow naraża się szefowi i niesympatycznemu śledczemu z prokuratury, gdy broni chłopaka, którego ten ostatni chce przymknąć za współudział w napadach. („Siedemnaście lat to smarkacz? Ja w tym wieku kierowałem akcją wywłaszczania kułaków, drogi towarzyszu!” odpowiada prokurator na argumenty Sadczikowa. I efekty widać, chciałoby się dodać).

Na szczęście wychowawcza funkcja tego rodzaju literatury nie pełni u Siemionowa roli pierwszorzędnej. Równie ważny jest element rozrywkowy – mamy tu więc przemoc, alkohol i nawet seks (oczywiście w niegroźnych dla radzieckiego czytelnika dawkach). Mamy też sporo subtelnej ironii i, jak na literaturę radziecką przystało – liczne cytaty z Jesieninia, Ilfa i Pietrowa, Hegla i Dostojewskiego.

Jest też i drobny ale miły akcent ojczysty. Funkcjonariusz Sadczikow wraca do domu, a żona oznajmia mu: „Przyszła ciocia Waleria, Oglądamy program telewizyjny. Idzie ciekawy polski film.” Na co Sadczikow: „Mają dobre filmy. Zaraz się przebiorę i wyjdę do was.”. Autor nie podaje, niestety, jaki film wzbudził uznanie ludzi radzieckich wiosną 1962 roku.

Powieść Siemionowa stanowi też ciekawy dokument obyczajowy dotyczący moskiewskiego życia anno domini `62. Dowiadujemy się, gdzie się wtedy chodziło (restauracje „Baku”, „Astoria” i „Aragwi”) co paliło („Kazbeki”, „Dukaty” po siedem kopiejek i „Biełomory” po dwadzieścia dwie paczka), i piło (bandyci przeważnie wódkę, koniak, perfumy i politurę rozcieńczoną wodą, a milicjanci jogurt i wodę mineralną „Gurdżaani” i „Jessentuki” numer siedemnaście). Wiemy, jak ubierał się miejscowy półświatek i jak rozwijała się w radzieckiej stolicy prostytucja. Z drugiej strony, jak się okazuje, milicjanci dla relaksu chadzali wówczas do teatru i filharmonii, gdzie często niestety brakowało biletów, a Kostienko i Roslakow mieli skrupuły przed wykorzystywaniem swojej pozycji, udając w kasie inżynierów z gazowni („Niestety, drodzy towarzysze inżynierowie, w żaden sposób nie mogę wam pomóc.” Kiedy znaleźli się na ulicy, Roslakow zaklął: – A gdybyśmy powiedzieli, że z wydziału śledczego, od razu dałby bilety.-  Dałby wejściówki.- Z wejściówką człowiek się czuje jak ubogi krewny. Siedziałem kiedyś na koncercie z wejściówką. Dwa razy mnie przeganiali z miejsca”) Dowiadujemy się też co nieco o codziennych problemach mieszkańców domów komunalnych („- Ciotuniu – zwrócił się Sadczikow do kobiety obsługującej windę – czy wasza kabina wozi ludzi na dół?- Jeszcze co! – odpowiedziała windziarka – Lokatorzy spuszczaliby wtedy w niej pianina. Jedzie się tylko do góry, a stamtąd na własnych nogach.”). Z porad praktycznych – w latach sześćdziesiątych moskiewscy taksówkarze stosowali gałkę muszkatołową jako sposób na dmuchanie w balonik. Zresztą nic dziwnego, że na postoju taksówek zawsze czekała kolejka, bo taksówkarze zajęci byli wożeniem spragnionych na melinę albo prostytutek do klienta. Co ciekawe, problem braku własnego środka transportu był prawdziwą bolączką świata przestępczego wielkiego miasta Moskwy, gdyż na każdy skok bandyci udawali się taksówka, co miało później opłakane skutki.

Dość ciekawie opisane są związki panów K R i S z kobietami, z których każda: Nina, Alona i Hala, reprezentuje inny kobiecy typ. Jest jeszcze prostytutka Nadia, właścicielka pokoju przy placu Puszkina, taka radziecka femme fatale. Wątek obyczajowo-erotyczny, choć dyskretny, jest w powieści bardzo istotny.

Podsumowując, jest to dobrze napisana, miejscami bardzo zabawna książka, która prawie się nie postarzała, pomimo swoich czterdziestu lat. Te i inne powieści Siemionowa szczerze szanownym Klubowiczom polecam.

Poniżej przedstawiam obszerny wybór moich ulubionych cytatów z książki. Osoby zamierzające ją przeczytać proszę o pominięcie reszty recenzji, gdyż tym samym odbiorą sobie duża część związanej z lekturą przyjemności:

„- A jeśli przestępstwo nie przyniosło nikomu żadnej szkody?. – To niemożliwe. Przestępstwo nawet nie popełnione, ale zamierzone, już tworzy przestępcę.”

„- Przypomniałem sobie. Czita mówi „Pójść by teraz do „Astorii” bliny wtrząchać”. To wtedy, kiedy nie mieliśmy czym zakąsić.

–         Wtrząchać – to znaczy jeść?

–         Tak.

–         Wielki i potężny, dźwięczny i przepiękny jest nasz język! – westchnął Kostienko.”

„Jesteście pracownikiem organów milicji, towarzyszu Kostienko, więc macie też większą świadomość od innych.”

„- A wódkę pijecie, czorty? – pytał – Z dziwkami się na pewno zadajecie, co? Coż, jestem stary, mogę tylko zazdrościć.”

(o kochance, co zdradziła) „- Zaraza. Za mniej niż za skrzynkę koniaku nie przebaczę.

–         A ja przebaczyłbym za ćwiartuchnę – rzekł Baron. – Przecież to prostytutka. Nudno mi. Chciałbym się zakochać. W dziewicy. I żeby była miłość ze łzami.

–         Nie czepiaj się mojej dziewczyny. Ona ma pokój wychodzący na plac Puszkina. A twoje dziewice mieszkają z rodzicami.”

„Dlaczego mnie pan obraża? – zapytał Sierioża. – Jestem sportowcem. Czy nie mam prawa obcować z kobietą?

– Obcować można – zgodził się Sadczikow. – Ale dosyć tych rozmówek.”

„- Jeżeli on rzuci się na mnie, to go zarżnę – rzekł Sierioża. – Ona sama mnie tutaj zaciągnęła.

–         Milczy, ty… – nie wytrzymała Nadia.

–         Czym będziesz rżnąć? – zaciekawił się Sadczikow.

–         Zębami – odpowiedział Sierioża – jak wilk jagnię.

–         Tak można – pozwolił Sadczikow – tylko nie na śmierć.”

„Turin (…) otworzył drzwi i wpuszczając Kostienkę rzekł: – Proszę mi wybaczyć, że jestem w kąpielówkach.

– Dobrze, że w kąpielówkach, a nie w staniczku, jakoś wytrzymam.”

(o milicjantach) „Ale was nie nazywają detektywami, ale „pracownikami”.

– Ogólnie biorąc, oczywiście, pracownik. Tylko to tak samo, jak kucharza nazywać pracownikiem zbiorowego żywienia, a literata – pracownikiem frontu kultury.”

(o prokuratorze) „Sędzia śledczy z prokuratury był starym i doświadczonym pracownikiem. Trzymał się zasady, że lepiej jest przesolić, niż nie dosolić i nigdy w ciągu swojej wieloletniej praktyki się nie omylił. Przynajmniej tak mu się zdawało.”

„Idiota! – zakrzyczał Czita i uderzył się kułakiem po głowie – osioł! – Racja – zgodził się komisarz – Bij się jeszcze, tylko żeby nie było siniaków, bo mi głowę urwą.”

„Dobra wódka zawsze jest gorzka – odpowiedział pouczająco Prochor, który wsypał do wódki truciznę”