Olgierd Budrewicz „Zatarte ślady” – Pierwsza seta 5

  • Autor: Budrewicz Olgierd
  • Tytuł: Zatarte ślady
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Przedlabiryntowa
  • Rok wydania: 1957
  • Nakład: 20000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

„Morda jego twarz, wypluje on ten zegarek na czerwono”

Już okładka nadaje „Zatartym śladom” Olgierda Budrewicza charakterystyczny praski sznyt. Naszkicowany kilkoma prostymi kreskami stół, butelka wódki, kieliszek i kawałek szmaty może się nawet kojarzyć z malarstwem socrealistycznym, które właśnie odchodziło w cień.

 

Pamiętajmy, że był rok 1957 Jeszcze trzy lata wcześniej praca Wiesławy Gackowskiej musiałaby by być uzupełniona chociaż o mini popiersie pewnego złowieszczego brodacza. Mógłby taki obrazek nosić wówczas tytuł np. „Martwa natura w popiersiem Lenina”.

Budrewicz to znany reportażysta i forma reportażu przeniknęła także do jego bodaj jedynego kryminału wydanego w serii Przedlabiryntowej (jak to określa Klubowiczka Raczycka).  Dziś duża rzadkość na rynku.

Zofia Zielniak zostaje znaleziona martwa we własnym łóżku. Mieszkała przy ul. Wileńskiej . Wyrafinowane morderstwo popełniono przy użyciu kabla. Tak się złożyło, że nieopodal ofiary, z zawodu ekspedientki  mieszkał redaktor Magórski, który postanowił, niezależnie od działań milicji, poprowadzić  samodzielne, by tak rzecz dziennikarskie śledztwo. Choć motyw to nie nowy w powieści milicyjnej, swoje apogeum znalazł dopiero w postaci słynnego rektora Maja tropiącego afery międzynarodowe  o atomowej skali.

Magórski jak się dowiadujemy pisał teksty kryminalne przed wojną ( jak się możemy domyśleć w „Tajnym detektywie”). Teraz jest skromnym depeszowcem, ale odżyła w nim dawna smykałka. Smykałka hipernarratora tkwi natomiast w samym Budrewiczu, który poza narracją zwykła uprawia jeszcze metanarrację. Po każdym rozdzialiku daje kilka zdań podsumowania usiłując zajrzeć do duszy redaktora Magórskiego oraz porucznika Bielińskiego (od dziecka marzył o milicyjnej karierze i już  w szkole zaczytywał się kryminałami) i majora Kortonia (zmęczony stróż prawa o ciągle bolącej głowie, ale czujny i niezawodny).

Milicjanci usiłują jak to zwykle oni odnaleźć sprawcę poprzez przesłuchiwanie dziesiątek podejrzanych i zacieśniać powoli, acz nieubłaganie krąg podejrzanych. Z kolei Magórski tropi przez zmysł reporterski i analogie czyli szukając podobnie dokonanych zbrodni w przeszłości. W ten sposób trafia na Targówek: „Okolice ulicy Tykocińskiej, Piotra Skargi, Smoleńskiej i Pratulińskiej  na dalekim Targówku szczycą się tymi samymi brukami i płotami, co przed dwudziestu laty. Do dziś sączą tam swe światło gazowe latarnie”.

Cóż, zapewne odbieram te zdania inaczej niż większość Klubowiczów. Nieopodal Smoleńskiej – na Oszamiańskiej uczęszczałem do słynnego XIII Liceum Ogólnokształcącego. Nie ma tam już w prawie kocich łbów, ale ja je jeszcze pamiętam. Szkołę tę ukończył także Klubowicz Ciaś oraz Klubowicz Pokrzywnicki i zapewne mogliby coś od siebie dodać.  Z kolei na Smoleńskiej mieszkała kiedyś jedna z ważniejszych (a kto wie czy nie najważniejsza – tego nie wiem a pewno, bo jeszcze pewnie trochę pożyję – kobieta mego życia).

Z Targówka przenosimy się w samo centrum Pragi – na ulicę Targową do restauracji, której nazwa nie pada, ale być może chodzi o nie istniejącą już „Wileńską”. Może ktoś będzie wiedział: ”Kilkanaście stolików nakrytych kolorowym papierem. Żarówki popstrzone prze muchy. Dziewczyna w kitlu, który kiedyś był biały. W karcie potraw, napisanej kolorowym ołówkiem, kotlet schabowy i golonka („Szef kuchni poleca”).

Co pijano i jedzono pod to picie w niższych sferach przestępczych Anno Domini 1957: „Byli na gazie. Kupili na gazie pięć butelek węgierskiego wina i kilka paczek herbatników”.

W finale dwie nitki śledztwa zbiegają się i okazuje się, że zarówno dziennikarz jak i milicjanci dopadają sprawców ponurego morderstwa na ekspedientce każdy na swój sposób. I to jest nad wyraz pozytywna konkluzja. Nie mogę jedynie zrozumieć tytułu. Jest bardzo nietrafiony. Ślady bowiem, linie papilarne na butelce wódki oraz szalik jednego ze sprawców zostały pozostawione. Jakież więc one zatarte. Całe szczęście autor rehabilituje się niespodziewanym liryzmem. „Przysadzisty citroen zdąża teraz prosto do gmachu komendy milicji. Jedzie szybko, jak koń spieszący do stajni. ”Zapewne chodziło tu Budrewiczowi o nawiązanie naszej ułańskiej tradycji oraz do tego, ze kiedyś nasze organa dysponowały niezłym parkiem samochodowym.

Pozwolę sobie natomiast zakończyć osobistą dziennikarska dygresją. Otóż w mojej dziennikarskiej karierze jest też mały policyjny epizodzik. Bywało, że po linii  „Kuriera Polskiego”  zamieszczałem na łamach działu miejskiego notatki typu „Krwawe żniwo”, „Trup w kanale” czy „Eksplozja w wieżowcu”. Nie muszę dodawać, że tytuły nawiązywały do dzieł klasyków gatunku, a ostatni to była taka seryjka o „Rurabomberze” grasującym po Pradze Północ i podkładającym drobne ładunki w zsypach na śmieci. Raz nawet jechałem służbowo taksówką na miejsca zdarzenia. Coś wybuchło w wieżowcu przy al. Tysiąclecia 151 (jedyny numer na tej ulicy !) za Dworcem Wschodnim. Rzecznikiem komendanta stołecznego policji był wówczas po długo urzędującym Witoldzie Gierałcie elegancki Dariusz Janas. Zajechałem na miejsce i stwierdziłem, że wejście do krytycznej klatki, gdzie coś gruchnęło ale nikomu się nie poważnego nie  stało,  oddzielone już było szarfą od tłumu gapiów. Policjanci kręcili się po okolicy, radiowozy mrugały, a Janas zdążył już ogarnąć sytuację i szykował się do wygłoszenia oświadczenia dla prasy. Poprawił garnitur, podszedł do szarfy i krzyknął do nas dziennikarzy, byśmy podeszli, bo nie będzie się powtarzał. Mówił dużo, chętnie i z uśmiechem. Pewnie był już po kilku porannych rozruszających. Niedawno Janas przestał być rzecznikiem i pracuje, zdaje się u detektywa Rutkowskiego. Udało mi się przez sekundę otrzeć o tę barwną postać.