Tadeusz Kraszewski „Skradziony gwóźdź” – Druga seta 55

  • Autor: Kraszewski Tadeusz
  • Tytuł: Skradziony gwóźdź
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
  • Seria:
  • Rok wydania: 1972
  • Nakład:
  • Recenzent: Iza Desperak
  • Broń tej serii: Druga seta

Superman, Szczęsny i Borewicz w jednym

Utwór Tadeusza Kraszewskiego pod tytułem Skradziony gwóźdź nie rzuca wprawdzie na kolana, a jego okładka nawet nie mówi nic o milicyjnym charakterze tej małej książeczki, mimo to wart jest kilku ciepłych słów.

Choć wydany w 1972 roku jako powieść sensacyjna, ma w sobie urok ramotki przynajmniej z lat pięćdziesiątych (a może to nielegalne wznowienie? Czyżby wtedy już istniało piractwo wydawnicze?). Miłośnikom przygód pana Samochodzika na pewno się spodoba – to ta sama klasa zjawisk, choć nie wiem, czy powinny przeczytać książkę dzieci i młodzież. Brak jest bowiem aspektu wychowawczego. Książka jest oczywiście apoteozą dzielnej milicji, której przedstawiciel zostaje wezwany nie do makabrycznej zbrodni, a jedynie kradzieży obrazu, w dodatku kradzieży niezwykłej – ukradziono nie tylko obraz, ale i tytułowy gwóźdź! Zaczyna się więc jak u Nienackiego, potem jednak robi się nieco ciekawiej, bo mamy nie tylko morderstwo, udające całkiem udatnie samobójstwo, ale nielegalne małżeństwo dwojga kochających się młodych ludzi i żonę opuszczającą męża. No i jeszcze tajemniczy tunel odkryty przez tegoż właśnie dzielnego przyjezdnego porucznika MO. Walor wychowawczy, jak wspomniałam, jest niewielki – natomiast ogromna bomba propagandowa. Po pierwsze, bohater jak Szczęsny, Superman i inni, jest kimś w rodzaju półboga (tu bym się mogła powołać na Umberto Eco, gdybym chciała zdyskontować posiadany stopień naukowy, ale nie miejsce po temu). Jest w nim też trochę z Borewicza – na pierwszy rzut oka miejscowy sierżancina nie rozpoznaje w nim milicjanta, zwłaszcza w cywilnym garniturze. Przybysz, choć wiemy, ze poniósł niegdyś porażkę, rozwiązuje skomplikowaną zagadkę niemal metodą holmesowska i zadziwia kolejnych świadków relacjonujących tragiczne wydarzenia doskonałą znajomością ich szczegółów. Zagadka, choć niełatwa, zostaje rozwiązana, a jej rozwiązanie znów przypomina bardzo którąś z przygód pana Samochodzika (nie zdradzę, ale pamiętajcie, że wszystko zaczęło się od tytułowego gwoździa). Nie tylko dzielny porucznik jest wszechmocny niczym Superman, taka jest cała milicja, o czym świadczy cytat – fragment opisu podróży porucznika do miasteczka i spotkania z miejscowym sierżantem Nowickim:
„Z daleka na prostej jak strzelił szosie ukazał się czarny punkcik wlokący za sobą obłok kurzu. Punkt zbliżał się i rósł w oczach z wielką szybkością. Auto wpadło, nie zwalniając biegu, między zabudowania osady. Na pewno milicyjne – nie bez poczucia humoru pomyślał Nowicki i wysunął się na brzeg chodnika”.
Propagandowy smrodek skierowany jest również przeciw mniejszości niemieckiej, utożsamianej z Wehrwolfem, co szczególnie nadaje książce nieco zleżały posmak.