Sylwester Banaś „Ostatni z posterunku” – Druga seta 3

  • Autor: Banaś Sylwester
  • Tytuł: Ostatni z posterunku
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria:
  • Rok wydania: 1961
  • Nakład: 10000
  • Recenzent: Anna Lewandowska
  • Broń tej serii: Druga seta

M jak milicjant

Było ich pięciu – razem zaczynali budować zręby Polski Ludowej. Pracowali na posterunku w małej wiosce na Kielecczyźnie. Ale cóż to była za praca – ani wynagrodzenia, ani deputatów, ani porządnej broni, ani nawet mundurów. Kiedy Władek Królicki zapaćkał atramentem wyjściowe spodnie, to z kandydatką na narzeczoną rozmawiał przez okno, żeby nie zobaczyła jego starych, połatanych portek.
Pierwszy zginął Michał, dowódca posterunku. Wracał właśnie od narzeczonej. Jej ojciec, wprawdzie niezbyt chętnie, wyraził wreszcie zgodę na ślub córki z milicjantem. Upojony szczęściem Michał nie zwracał uwagi na otoczenie i padł od zdradzieckiej kuli.
A czujność wtedy trzeba było mieć zdwojoną – po lasach grasowały bandy, które nie tylko zajmowały się rabunkiem, ale również starały się wyeliminować z życia przedstawicieli nowej władzy.
Na wieść o śmierci Michała, Kisiel zmiął swoją prośbę o zwolnienie z milicji, którą dowódca zdążył podpisać jeszcze przed wyjazdem do narzeczonej. Kisiel chciał odejść, bo czekała nań gospodarka, którą żona, bez męskiej pomocy, mogłaby zmarnować. Teraz postanowił zostać i walczyć. O lepszą Polskę, o lepsze jutro. O wszystko to, za co Michał oddał życie.
Później odeszli Misztul i Górniak. Misztul zdradził – przystał do bandy. Górniak zginął zamęczony przed członków bandy, z którą odszedł Misztul.
Powoli życie zaczynało się normować. Władek Królicki, który zaczynając pracę w milicji umiał się zaledwie koślawo podpisać, skończył szkołę i został dowódcą posterunku w pobliskim Zajączkowie. Oj, niełatwa to była praca, wymagała od milicjanta nie tylko znajomości i umiejętności przestrzegania prawa, ale i dyplomacji.
No bo na przykład taka sytuacja: jest we wsi kułak, który nie chce oddawać kontyngentów. Ziemi ma dużo, żyznej, kontraktuje mało, a i z tym zalega. I co z takim robić? Z powiatu przychodzą ponaglenia i wezwania, a tylko komendant Królicki wie, jak jest naprawdę: ten rolnik to stary człowiek, który nie jest w stanie uprawiać swoich pól. Gospodarka, niegdyś piękna, popada w ruinę. Zabudowania chylą się ku ziemi. Ledwo mu starcza na przeżycie, a o żadnych inwestycjach nie ma nawet co marzyć. No i co, gnębić takiego w ramach walki z kułactwem?
Albo sprawa Owczarczyków: mąż wylądował w więzieniu za przynależność do bandy, a chora żona z dwójką małych dzieci przymiera głodem w walącej się chałupie. I co robić – pomagać? Przecież to rodzina bandyty! Ale znowu jak tu patrzeć na bose i głodne dzieciaki? Co one winne, że ojciec zbłądził?
Takich i podobnych spraw jest wiele – okolica gęsto zaludniona, a przecież nie w każdej chałupie mieszkają sami zwolennicy nowego porządku. A jeszcze dochodzą do tego sprawy osobiste. Żona Władka, Karolka (ta, z którą rozmawiał kiedyś przez okno w połatanych portkach), ciągle suszy mężowi głowę, że za mało zarabia. Z trudem wystarcza na utrzymanie pięcioosobowej rodziny (w międzyczasie Władek „dorobił się” trójki dzieci). O, gdyby umiał postępować z ludźmi, to byłoby zupełnie inaczej, niejeden chętnie by podrzucił metr kartofli czy ćwiartkę świniaka za przymknięcie oka na niektóre sprawki. Ale Władek jest niezłomny: prawo to prawo, jednakowe dla wszystkich. Nie ma taryfy ulgowej dla kombinatorów, a każdą próbę wręczenia łapówki traktuje jak ciężką zniewagę.
Kisiel też był zwolennikiem praworządności i przypłacił to życiem. Wyszedł wieczorem po gazetę do kiosku i zobaczył, że trzech chuliganów bije starszego człowieka. Rzucił się w jego obronie. Jeden z chuliganów pchnął go nożem. Z pierwszego posterunku przy życiu pozostał już tylko jeden – Władek Królicki.
Przełożeni widzą zaangażowanie Władka i awansują go. Ułatwiają mu też naukę – Władek robi maturę, idzie na studia. Przenosi się do Kielc. Dzieci rosną zdrowo, a i żona, odkąd podniosła im się stopa życiowa, zmieniła się na korzyść – odkryła w sobie zamiłowanie do czytania i odtąd każdą wolną chwilę spędza nad książkami. Trochę tylko narzeka, że mąż za bardzo angażuje się w swoją pracę.
Sylwester Banaś, nieżyjący już, niestety, kielecki pisarz, nie zostawił po sobie zbyt obfitej spuścizny literackiej. Ot, kilka książek dla młodzieży (m.in. „W zielonym szałasie” – ulubiona lektura chłopców z mojego pokolenia) i kilka broszurek propagandowych. Wśród tego na pewno wyróżnia się „Ostatni z posterunku” – książka ciekawa, napisana barwnym, soczystym językiem. Owszem, nie pozbawiona elementów propagandy – ale nienachalnej, łatwej do strawienia. A postaci w niej występujące, wiejskie cwaniaczki, wprowadzające w życie różnorodne odmiany „kalizmu”, to pełnokrwiści ludzie, jakby żywcem przeniesieni z życia na karty książki. I wszystko to na dodatek okraszone znakomitym humorem.
No dobrze, może spytać ktoś z Klubu MOrd, fajna książka obyczajowa, ale co ma wspólnego z naszym Klubem? Gdzie tu kryminał?
Jest, jest, jak najbardziej. Wątek kryminalny godny co najmniej Kłodzińskiej czy Edigeya. Otóż pewnego dnia do Polski przyjeżdża turysta z Austrii. Zachowuje się tak dziwnie, że budzi zainteresowanie milicji. Przełożony zleca Władkowi Królickiemu zbadanie sprawy i wtedy okazuje się… No nie, dalej nie opowiem, zachęcam do lektury, bo naprawdę warto!