Jerzy Edigey „Spotkamy się w Matrózcsárda” – Druga seta 27

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Spotkamy się w Matrozcsarda
  • Wydawnictwo: Sztandar Młodych
  • Seria: numery od 77 do 149
  • Rok wydania: 1971
  • Nakład:
  • Recenzent: Anna Lewandowska
  • Broń tej serii: Druga seta

Najprzebieglejszy milicjant świata

Jakoś nigdy nie zaczynałam pisania recenzji od tytułu, zawsze wymyślałam tytuł po napisaniu całości, przeczytaniu i zastanowieniu się, na co chcę zwrócić uwagę ewentualnych czytelników. Tym razem jednak tytuł nasunął się sam – bohater powieści Jerzego Edigeya „Spotkamy się w Matrózcsárda”, którą w wydaniu gazetowym podsunął mi nasz nieoceniony Prezes – jest człowiekiem tak przebiegłym, że te wszystkie Maigrety, Poiroty, Archery i inne detektywy mogłyby mu latać po piwo.
Otóż wyobraźcie sobie, że podejrzanego major Wyganowicz wytypował sobie w pociągu. Był to facet, który z przedziału dla palących wyszedł na korytarz, żeby zapalić papierosa. Zdumiewające, prawda? Nie dość tego – miał przy sobie gazety: bieżącą i z poprzedniego dnia, i to też wydało się majorowi podejrzane, bo po co komu stara gazeta, kiedy ma nową z najświeższymi wiadomościami. I jeszcze na dodatek do podejrzanego podszedł jakiś facet i poprosił go o ogień, chociaż sam – jak się później okazało – miał w kieszeni zapałki. Z tych nikłych poszlak nasz major wysnuł natychmiast wniosek: jest na tropie afery, najprawdopodobniej szpiegowskiej. Zdumiewająca przenikliwość. Major postanawia śledzić podejrzanego, ale ten, niestety, umyka. Na szczęście nasz major zdążył obejrzeć starą gazetę, którą miał przy sobie podejrzany i zauważył tam wykonaną długopisem notatkę: 11, 18, 19 Matrózcsárda. Z właściwą sobie przenikliwością rozszyfrował napis: spotkanie szpiega z mocodawcami nastąpi 18 listopada o godzinie 19.00 w kawiarni Matrózcsárda w Budapeszcie.
Teraz naszemu majorowi pozostało tylko przekonać swojego szefa, pułkownika Mogajskiego, by go wydelegował do Budapesztu. Szef z początku stawiał opór, usiłując racjonalnymi argumentami zbić wszelkie podejrzenia majora, ale w końcu pozwolił mu jechać i w ramach własnego urlopu (często spotykane w kryminałach milicyjnych) i za własne pieniądze (na ten cel major dostał specjalną nagrodę pieniężną) wyjaśnić sprawę. Oczywiście zabronił mu też angażować się w cokolwiek, ma po prostu tylko obserwować, a po powrocie zdać relację.
Major Wyganowicz, człowiek czynu i superman, nie poprzestaje jednak na obserwowaniu i miesza się w aferę szpiegowską całą swoją osobą. W Budapeszcie ma mnóstwo przygód: bandyci usiłują go zasztyletować, zastrzelić, utopić w Dunaju, otruć, wysadzić w powietrze i zwyczajnie zatłuc. Major uchodzi z życiem, ponieważ pomocy udziela mu oficer węgierskiej policji oraz piękna węgierska aktorka, będąca na usługach bandy. W ratowaniu własnej głowy bardzo pomaga mu też spryt i sprawność fizyczna, bo na przykład scena, kiedy to major ucieka z mieszkania na szóstym piętrze, zeskakując z balkonu na balkon aż do parteru, godna jest filmu z Jamesem Bondem.
Książka zachwyciła mnie swoją wartką akcją, a także tym, że akcja ta toczy się w Budapeszcie. Uwielbiam to miasto od czasu, kiedy spędziłam tam urocze dwa tygodnie w przemiłym towarzystwie. Co prawda nie pływałam w Dunaju i nie złapałam żadnego szpiega, ale nastrojowa atmosfera węgierskich knajpek nie jest mi obca. Poza tym przypomniałam sobie topografię miasta, którą Edigey opisuje dość dokładnie – oprócz miejsc znanych i chętnie odwiedzanych przez polskich turystów, major Wyganowicz bywa też tam, gdzie Polacy raczej rzadko zaglądają.
Edigey opisuje też początki tzw. turystyki handlowej: Tego rodzaju chusteczki do nosa są w powszechnym użyciu w Polsce. Można je kupić w każdym sklepie – odparował Wyganowicz – a w Budapeszcie bez trudu dostanie się je przed domem towarowym „Corvina” u siedzących tam od rana do wieczora polskich „turystek” handlujących prześcieradłami, ręcznikami, chusteczkami czy podpinkami. To taki prywatny handel kompensacyjny, bo Węgierki rewanżują się nam sprzedając sweterki i rajstopy w Zakopanem, pod stacją kolejki na Gubałówkę.
W książce znajdziemy też „gadżety” z tamtej epoki: po Budapeszcie jeżdżą samochody marki Warszawa, podejrzany pali „Carmeny” i „Płaskie” (pamiętam, pamiętam, takie paliła moja Mama, kiedy byłam mała, później przestano je produkować – ciekawe dlaczego, bo były dość popularne) i czyta „Express Wieczorny” i „Trybunę Ludu”.
Książka jest zabawna, czyta się ją jednym tchem, wartka akcja i plastyczne opisy są jej dużym walorem. Oprócz tego niesie ze sobą przesłanie: nigdy nie czytajcie w pociągu starych gazet i nie wychodźcie z przedziału dla palących na papierosa, bo a nuż traficie na jakiegoś przebiegłego asa kontrwywiadu.