Janusz Kołodziejski „To ja inspektorze” – Druga seta 49

  • Autor: Kołodziejski Janusz
  • Tytuł: To ja, inspektorze
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria:
  • Rok wydania: 1982
  • Nakład: 100350
  • Recenzent: Anna Lewandowska
  • Broń tej serii: Druga seta

Socjalistyczna „Love Story”

Oboje byli piękni i młodzi. Poznali się i pokochali od pierwszego wejrzenia – zupełnie jak w „Love Story”. Nawet pseudonimy wzięli z filmu: ona została „Dżeni”, on „Oliwerkiem”. Kochali się bardzo, póki ich nie rozdzieliła… nie, na razie jeszcze nie śmierć, ta nastąpiła później, na razie rozdzieliła ich tylko brama więzienia, za którą wylądował Oliwerek.
Kiedy wyszedł na wolność na mocy amnestii, postanowił odnaleźć swoją ukochaną. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że nie była ona Penelopą i zamiast czekać na niego, wyszła za mąż za mężczyznę starszego od siebie o 30 lat, dość zamożnego (jak na ówczesne warunki) głównego księgowego.
Jednak jej pożycie małżeńskie nie układało się najlepiej – mąż zdawał sobie sprawę z tego, że młoda żona go nie kocha, był więc o nią potwornie zazdrosny. Pracowała w szpitalu jako pielęgniarka, kręcił się koło niej młody lekarz w wyraźnie niedwuznacznych zamiarach. Kiedy Dżeni oznajmiła mężowi, że sama wyjeżdża na wczasy, sprawdził, że lekarz wyjechał w tym samym czasie do tej samej miejscowości. A więc pojechali razem!
A lekarz był wart grzechu. W swoim notesie miał zapisane 53 narzeczone – nieźle! Jak mówiła jedna z wczasowiczek: „(…) przystojny, ciągle do wzięcia, dobrze sytuowany kawaler z fiatem. Leciały na niego wszystkie panny, rozwódki i mężatki. (…) Wariat to był, panie inspektorze, oczy mu błyszczały, że aż mrowie przechodziło od stóp do głów wszystkim kobietom, proszę pana”. (Ach, gdzie są tacy faceci? – przyp. mój). Tylko Dżeni odmawiała mu swoich wdzięków, więc młody lekarz koił swój ból alkoholem: „(…) jest nieprzyzwyczajony, by kobieta mu odmówiła, więc głupieje” – jak twierdziła wyżej wymieniona wczasowiczka.
Któregoś poranka lekarz obudził się z ciężkiego pijackiego snu w domku kempingowym zajmowanym przez Dżeni. Wielkie było jego zdumienie i rozpacz, kiedy okazało się, że dziewczyna nie żyje. Została uduszona.
Oczywiście milicja energicznie wdrożyła śledztwo i już wkrótce wyłoniono pięciu podejrzanych. Dwóch od razu przyznało się do winy, pozostali nie, dwaj z przyczyn obiektywnych – obaj przenieśli się na tamten świat. Młody lekarz, po wypiciu sporej ilości alkoholu, rozbił się samochodem o przydrożne drzewo, a inny z podejrzanych, szef gdańskich opryszków okradających kempingi, też zginął w wypadku, ale dosyć dziwnym. Mianowicie otruł się gazem. Kompletnie pijany nastawił na gazie mleko, po czym zasnął, mleko wykipiało zalewając płomień, no i koniec. Milicjantów zdumiało tylko, że denat, zanim nastawił pechowe mleko, zdążył tak dokładnie wysprzątać mieszkanie, że nawet pousuwał z klamek wszystkie odciski palców. Wyrzucił też śmieci, po czym upił się do nieprzytomności. Najbardziej zdumiewające było to, że chociaż był namiętnym palaczem, to w całym mieszkaniu nie było ani jednego niedopałka, a więc pił alkohol bez papierosa, co w przypadku nałogowego palacza jest raczej wykluczone. A poza tym, po co, kompletnie pijany, gotował mleko?
Kolejny z podejrzanych, to oczywiście Oliwerek. Mógł zabić dziewczynę z zemsty za niedochowanie wierności. Po wyjściu z więzienia był pod stałą obserwacją milicji (tak to już było „za komuny”, że interesowano się młodymi przestępcami opuszczającymi zakłady odosobnienia, nie tylko dlatego, żeby ich ponownie chwycić na gorącym uczynku, ale przede wszystkim, żeby ich uchronić przed wplątaniem się w kolejne przestępstwa, co nie zawsze, niestety, się udawało) i zauważono jego eskapadę na Wybrzeże. Oliwerek przyznał się do dokonania zabójstwa.
Do zamordowania Dżeni przyznał się też jej mąż. Wprawdzie stworzył sobie tzw. żelazne alibi, ale szybko zostało ono obalone przez milicję.
Ostatni podejrzany to szef warszawskich „klawiszników” o przezwisku Pop, trzymający swoją bandę mocną ręką. Zwraca się do nich w wyszukany sposób, np. per „pluskwinsynu”, dba o ich maniery („Pop nie lubił, by jego personel bawił się na przykład męskością, rąk w kieszeni nie pozwalał trzymać”). Dba też o ich sposób wysławiania się i sztorcuje niemiłosiernie za potknięcia językowe („Mowy ojczystej uczył cię chyba ortopeda, kulejesz w języku”). Efekty pracy pedagogicznej Popa widzimy podczas składania zeznań przez jednego z jego podopiecznych: „Na ten dowód, jako mówię prawdę, przyznaję się, że byłem na tym włamaniu i osobiście pierścionek ten ukradłem. Przy działce doli dostał go, jako zakochany, Oliwerek”. Prawda, że ślicznie powiedziane?
Zresztą takich „kwiatuszków” jest tam więcej. Oto niejaki Mydłek mówi do przesłuchującego go oficera: „Po ludzku, socjalistycznie niech pan inspektor na mnie spojrzy!” Albo to: „(…) ja śpię czujnie nawet po pijaku, co ma ktoś za darmo skorzystać z usługi dla męskiej ludności” – zwierza się prostytutka przesłuchującemu. Obiecuje mu też, że zawsze będzie miał do niej drzwi otwarte, na co inspektor odpowiada ironicznie: „Jeżeli w czasie tego przesłuchania zakocham się w tobie, to poczekam na twoją wolność i poproszę o rękę”. Albo stwierdzenie innej damy niewątpliwie bardzo lekkich obyczajów, noszącej romantyczny przydomek Kwiat Paproci: „– Jak pan władza do mnie mówi «pani», to znaczy, że pan od dzisiejszego dnia pracuje w milicji. My nie lubimy, kiedy nam się ubliża. «Pani» to bym była, gdybym po cichu robiła to, co teraz robię bez udawania, że jestem święta”.
W poszukiwaniu zabójcy milicjanci trafiają w różne dziwne miejsca, np. na jeden z warszawskich cmentarzy, na którym koczuje spora grupa kloszardów. Prym wśród nich wiedzie dama o przezwisku Wesoła Wdówka – przed laty, w napadzie szału, zabiła swojego męża, dostała „wariackie papiery” i zamieszkała na cmentarzu, gdzie czuła się bezpiecznie i wśród swoich.
Oczywiście nie powiem, kto okazał się mordercą, bo książkę naprawdę warto przeczytać. Napisana barwnym językiem, dowcipna, dość mocno osadzona w peerelowskich realiach. Tylko autor chyba trochę idealizuje margines społeczny ówczesnych czasów, przypisując pospolitym opryszkom cechy, o jakie byśmy ich nie posądzali. Zupełnie jak gdyby chciał nas przekonać, że to normalni ludzie, którym w pewnym momencie powinęła się noga i zeszli z drogi cnoty, ale w każdej chwili mogą na nią powrócić.
A inspektor Fidura, prowadzący śledztwo, to człowiek inteligentny i dowcipny, coś w typie naszego ulubionego porucznika Borewicza. Może w śledztwie trochę zbyt często kieruje się intuicją niż dowodami, ale w końcu odkrywa winnego, a o to przecież w kryminałach chodzi.
I na koniec prośba do Klubowiczów: kto mi wyjaśni, co to są „krychane” ziemniaki?