Gustaw Górecki „Gospoda w Liesetall” – Druga seta 36

  • Autor: Górecki Gustaw
  • Tytuł: Gospoda w Liesetall
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria:
  • Rok wydania: 1971
  • Nakład: 60324
  • Recenzent: Maciej Szwedowski
  • Broń tej serii: Druga seta

Syjoniści do Szwajcarii!

Przeczytawszy ostatnio recenzję „Spotkania na Montmartre” autorstwa Klubowicza Malinowskiego, doznałem uczucia deja vu – odniosłem bowiem wrażenie, że autor recenzji opisuje zupełnie inną książkę, mianowicie znaną mi „Gospodę w Liesetall”.

Autorem obu powieści (choć słowo to powinno być raczej umieszczone w cudzysłowie) jest Gustaw Górecki, mamy więc do czynienia z bezczelnym autoplagiatem. „Gospoda…” ukazała się drukiem w roku 1971, podczas gdy „Spotkanie…” w roku 1973. Najwidoczniej raz wymyślony schemat wydał się autorowi tak atrakcyjny, że postanowił wykorzystać go ponownie, póki się jeszcze da (to znaczy, dopóki istnieje zapotrzebowanie na udające powieści sensacyjne referaty o konieczności walki z syjonistyczno-rewizjonistycznymi pogrobowcami hitleryzmu). Niewyjaśniona pozostaje jednie rola w tym literackim przedsięwzięciu Alojzego Nowickiego (który miał być współautorem „Spotkania…”, ale nie „Gospody…”). Być może jest to pseudonim samego Góreckiego, trudno bowiem mówić o współautorstwie w przypadku, gdy druga powieść jest prawie dosłownym powtórzeniem pierwszej. Tylko po co miałby Górecki wymyślać fikcyjnego współautora? A może Alojzy Nowicki istniał naprawdę i uczestniczył również przy tworzeniu „Gospody…”, ale z jakichś tajemniczych przyczyn nie został wymieniony jako jej autor? Czyżby nie chciał firmować swoim nazwiskiem czegoś tak idiotycznego? Ale w takim razie czemu zmienił zdanie dwa lata później? Cóż, odpowiedź na te pytania spoczywa zapewne w sejfach Wydawnictwa MON, na których otwarcie czekają niecierpliwie historycy i literaturoznawcy.

Jak wspomniałem, obydwie „powieści” to w zasadzie ta sama książka. Gustaw Górecki (Alojzy Nowicki???) posłużył się metodą „copy-paste” (po naszemu „kopiuj-wklej”), a następnie pozamieniał niektóre szczegóły metodą „znajdź-zamień”. I tak na przykład akcja „Gospody w Liesetall” rozgrywa się w Szwajcarii (a nie we Francji, jak „Spotkania na Montmartre”), na polskie wynalazki czyha nie wywiad izraelski, a tajemnicza firma „Allcomerce” (choć też z siedzibą w Paryżu), córka wojennego kuriera jest nie wykładowczynią, a doktorantką zbierającą materiały do pracy naukowej o polskich żołnierzach internowanych w czasie wojny w Szwajcarii.

Poza tym wszystko się zgadza. Jest żydowski renegat (dawny agent Gestapo), jest łącznik polskiej organizacji podziemnej, transportujący do Londynu dokumentację cennego wynalazku, jest jego córka usiłująca przy okazji badań naukowych rozwikłać tajemnicę śmierci ojca, zamordowanego przez wspomnianego renegata, jest znajomy pułkownik kontrwywiadu. Są i asekuranckie próby uniknięcia oskarżenia autora (autorów?) o antysemityzm1. Jest też Japończyk o nazwisku (a jakże) Suromito. Może Górecki zapomniał o wprowadzeniu stosownej zmiany, a może było to jedyne znane mu japońskie nazwisko. Nawet tytuły obu pozycji są oparte na tym samym schemacie „geograficznym”.

Jak wspomniałem, sensacyjna akcja książki to wyłącznie pretekst do przedstawienia aktualnych problemów polityczno-społecznych kraju. Gustaw Górecki (razem z Alojzym Nowickim???) nasycił „Gospodę…” wątkami politycznymi do granic wytrzymałości czytelnika. Książkę tę z przyjemnością przeczytać mogli chyba jedynie Mieczysław Moczar i Bohdan Poręba. Bohaterowie posługują się drewnianym, sztucznym językiem, nawet przy kolacji wygłaszając kwestie, które brzmią jak przemowy na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ2. Polacy przedstawieni w książce to z reguły ludzie uczciwi, zdolni, pracowici, polscy Żydzi zaś to patrioci, nie dający się omamić argumentami o „międzynarodowej solidarności całej naszej społeczności bez względu na przynależność państwową poszczególnych jednostek”. Trafiają się co prawda indywidua o niskim stopniu uświadomienia, zwani przez autora pogardliwie „czcicielami Zachodu”, ale jak stwierdza z ulgą pułkownik SB „na szczęście to jednostki”.

Realizując główne zadanie polegające na zdemaskowaniu prawdziwego oblicza syjonizmu i potępieniu agresywnej polityki Izraela, Gustaw Górecki (vel Alojzy Nowicki) korzysta z okazji by dokopać redakcji paryskiej „Kultury” („Patologiczne środowisko. Swój patriotyzm wyrażają nienawiścią do kraju, z którego pochodzą”) i ustrojowi kapitalistycznemu w ogóle („każdy kraj ma swoją brzydką stronę, tylko wysoka stopa życiowa pozwala ją ukryć pod podszewką, pod elegancką podszewką!”).

Wypada mi zgodzić się z Klubowiczem Malinowskim, że twórczość Gustawa Góreckiego (i Alojzego Nowickiego???) bije wszelkie rekordy głupoty, a czytanie „Gospody…” to strata czasu.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć, że w kulminacyjnej scenie „Gospody w Liesetall” syjonistyczny agent ginie spadając ze szczytu szwajcarskiej góry, zepchnięty w przepaść przez córkę zamordowanego kuriera. Przypomina to jako żywo znaną scenę walki pewnego angielskiego detektywa z pewnym demonicznym profesorem. Góra ta nazywa się zaś Mont Terrible, co z kolei przywodzi na myśl Tolkiena i jego Mount Doom. Ot, takie luźne skojarzenia…