Danuta Frey „Kto zabił Kruka” – Druga seta 31

  • Autor: Frey Danuta
  • Tytuł: Kto zabił kruka
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: Labirynt
  • Rok wydania: 1970
  • Nakład: 60000
  • Recenzent: Jacek Getner
  • Broń tej serii: Druga seta

Kto zabił kruka, czyli kobieta w wieku trolejbusowym

Kiedy sięgałem po tę książkę, miałem przez moment nadzieję, że jest to literacki pierwowzór dwóch innych „dzieł” z zakresu „sztuki milicyjnej”. Chodzi mianowicie o jeden z zeszytów kapitana Żbika (o tytule bodaj „Salto śmierci”, rysowany jeszcze przez Bogusława Polcha) oraz odcinek  „07 zgłoś się” (tytułu nie pomnę). Jednym z najważniejszych momentów dwóch wzmiankowanych „milicjonariów” jest bowiem śmierć byłego cyrkowca, o pseudonimie „Kruk”, nadanym mu z racji odcienia włosów (choć może też czarnego charakteru).
Jednak już na pierwszej stronie okazało się, że tytułowym bohaterem tego dziełka jest inżynier Kruk, który dość szybko rozstaje się on z życiem  (na str. 15).  Myślę, że podkreślenie tego faktu w tytule wzięło się po to, aby czytelnicy nie stracili orientacji, o co w tej książce chodzi. Kryminał ten czyta się bowiem bez żadnych emocji i, daję słowo, rzeczą najmniej w nim interesującą jest właśnie fakt, kto owego Kruka zabił.
Autorce chodziło raczej chyba głównie o to, żeby pokazać moralną zgniliznę określonych środowisk, na tle szlachetnych funkcjonariuszy aparatu władzy. Oprócz bowiem kapitana Klimy z MO występuje major Wrzosek, zapewne funkcjonariusz kontrwywiadu lub SB. Nie jest to powiedziane wprost, ale urzęduje on na Rakowieckiej i włącza się do śledztwa w związku z prowadzoną przez siebie sprawą szpiegowską.
Między oboma panami szybko zawiązuje się męska przyjaźń, o czym świadczy, według pisarki, fakt wzajemnego częstowania się papierosami. Oczywiście, bez większych kłopotów doprowadzają sprawę do końca, wykrywając winnego śmierci inżyniera Kruka. Przy okazji udowadniają coś wszystkim podejrzanym. I tu da się wyczuć smaczek dość charakterystyczny dla powieści milicyjnej. Otóż wszystkie osoby wykazujące jakąkolwiek „prywatną inicjatywę” to, w mniejszym lub większym stopniu, przestępcy. Autorka idzie jednak jeszcze krok dalej w tym rozumowaniu i dochodzi do wniosku już tak bardzo nie rozpowszechnionego (choć, broń Boże, nie odosobnionego). Otóż nawet od zwykłego handlowania na bazarze jest właściwie tylko mały kroczek do zostania agentem obcego wywiadu. Gangrena moralna bowiem postępuje błyskawicznie i ktoś nią zarażony jest bez szans, by ujść z tej przygody cało.
Znamienna wydaje się w tym kontekście postać niejakiego „Brygida”, handlarza walutą, który też nie ma nic naprzeciw, by sprzedać coś zachodnim służbom. Biorąc pod uwagę wiedzę, jaką uzyskaliśmy w ostatnich latach o tym, że tajne służby generalnie mocno infiltrowały gospodarcze podziemie, a już zwłaszcza „cinkciarzy” (oraz złodziei samochodów), konstatacje na temat ułomności charakterów takich osób wydają się szczególnie zabawne.
Jednak warto mimo wszystko po tę pozycję sięgnąć, gdyż jest to książka z kluczem. Żeby tenże klucz właściwie odczytać, trzeba sięgnąć do stopki redakcyjnej. Otóż „Kto zabił Kruka?” oddano do składu w październiku 69 roku. Została więc pewnie napisana jakiś rok wcześniej. A czym jest data 68 w najnowszej historii Polski, nie muszę nikomu tutaj tłumaczyć. I to wyjaśnia najlepiej klimat tej antysemickiej agitki, jaką jest ten niby kryminał. Zachodni prowodyrzy wywiadu noszą swojsko brzmiące nazwiska, nie pozostawiające wątpliwości co do ich narodowości. Oprócz zbrodniczej działalności szpiegowskiej, jaką prowadzą, są to po prostu zwykli aferzyści, którzy rozkradli nasz majątek narodowy i „wybrali tzw. wolność”. Słowem nie jest przy tym wspomniany exodus Żydów polskich z tamtego okresu.
Najbardziej charakterystyczna jest tu historia Żyda o nazwisku Stein i właściciela warsztatu samochodowego, niejakiego Błacha. Otóż tenże Błach w czasie wojny ukrywał Steina u siebie, w Kielcach. To miejsce, jak sądzę, autorka wybrała nieprzypadkowo. Tam bowiem odbył się tuż po wojnie, sprytnie zaaranżowany przez NKWD z pomocą SB, ostatni w naszej historii pogrom Żydów. Wtedy jednak nie było już tam Steina, który dość szybko wyjechał do Warszawy, robił tu błyskawiczną karierę, którą przerwał rok 56. W ramach wielokroć obiecywanej wdzięczności sprowadził do siebie Błacha. Potem „wybrał wolność” i wyjechał do Wiednia. Stamtąd rozpoczął swą zbrodniczą, przemytniczo-szpiegowską działalność (dla autorki jedna i druga są niemal równoznaczne). Błacha zaś „w ramach wdzięczności”, zaczął szantażować przy pomocy weksla (jak to Żyd) i wciągnął do swojej brudnej gierki, prowadzonej ze stolicy Austrii.
W ogóle Wiedeń jest w tej książce generalnie siedliskiem szkodników. I tu znów nasuwa się ciekawe pytanie, gdyż przecież o tym mieście dowiadujemy się głównie ostatnio jako o miejscu wspólnego „stacjonowania” rezydentów peerelowskich służb specjalnych i naszej mafii. Ale to pewnie rozważania do innej książki.
Obserwacje obyczajowe z doby Pereelu są w „Kto zabił Kruka?” zdecydowanie na dalszym planie. Ale pozwolę sobie przytoczyć na koniec recenzji, tę szczególnie smakowitą. Jedną z pomniejszych bohaterek, pseudo „Piękna Zośka”, jest była prostytutka, a obecnie handlarka bazarowa (kolejny przykład mieszania z błotem „prywatnej inicjatywy”). Ona to zostaje określana jako: „kobieta w wieku trolejbusowym”. Jest to uroczy element warszawskiej grypsery, biorący się stąd, że numeracja linii tychże pojazdów (gdy jeszcze chodziły) zaczynała się w stolicy od liczby „51”.