Andrzej Piwowarczyk „Otwarte okno” – Druga seta 72

  • Autor: Piwowarczyk Andrzej
  • Tytuł: Otwarte okno
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria:
  • Rok wydania: 1961
  • Nakład:
  • Recenzent: Anna Raczycka
  • Broń tej serii: Druga seta

LINK Recenzja Anny Lewandowskiej
LINK Recenzja Grażyny Głogowskiej

Katalog, pinceta i szkło powiększające czyli „upiór hobbyzmu”

O tym, że Andrzej Piwowarczyk (1919 – 1994), klasyk polskiej powieści kryminalnej, był zapalonym zbieraczem starych zegarów (poświęcił im nawet powieść „Stary zegar”, MON 1956) oraz numizmatyków, wiadomo powszechnie. Natomiast biografia pisarza milczy o tym, iż trawiła go również inna pasja – filatelistyka. Jej właśnie poświęcona jest wydana w 1961 roku powieść „Otwarte okno”.

Kiedy major Gleb otrzymuje od swojego zwierzchnika służbowe polecenie rozpoczęcia dochodzenia w sprawie tajemniczej śmierci pewnego filatelisty, początkowo wpada w popłoch. O znaczkach wie tylko tyle, którą stroną przykleja się je do listu. Ale „nieoceniony zwierzchnik” puszcza mimo uszu próby „zwalenia” roboty na obeznanych w temacie kolegów, porucznika Jemiołę lub majora Kowalskiego. Chcąc nie chcąc Gleb podejmuje podwójne wyzwanie. Czeka go nie tylko zdemaskowanie mordercy, który ukradł zbiór znaczków „Za łót kopiejek 10” wraz z egzemplarzem „Dziesięciu Krakowskich Koron”, lecz również przyspieszony kurs filatelistyki. Zaopatrzony w służbowy wkładnik krok po kroku poznaje tajniki wiedzy o ząbkowanych (lub nie) skrawkach papieru. Od tej pory „Zanzibary”, „Barbadosy”, „Bermudy”, „Mauritiusy” żyrafy z „Nyjasa” czy inne wielbłady z „Sudanu” staną się jego chlebem powszednim, a lektura katalogów Yverta czy Scotta zastąpi lekturę porannej gazety.

Jednak przełożony naszego majora powierzając mu sprawę zabójstwa w Zachodniej Dzielnicy i licząc na jego neutralny stosunek do zbieractwa (sam lekceważy filatelistów , określając stan ich umysłu jako „rozmięczenie mózgu” i z upodobaniem oddaje się swojej jedynej pasji, jaką jest wędkarstwo) nie docenił zgubnego wpływu nałogu – „upiora hobbyzmu”. Gleb nie tylko sam bardzo szybko „wsiąka”, ale pociąga za sobą najbliższą rodzinę, reprezentowaną przez ukochaną mamę. To chyba pierwszy taki przypadek w polskiej powieści milicyjnej – wysoki szarżą oficer Milicji Obywatelskiej, nie będący już bynajmniej podrostkiem, dzieli lokum z mamą, która zresztą w przypływie matczynych uczuć kupuje mu pierwsze znaczki do jego pierwszej własnej kolekcji, a potem bardzo dzielnie sekunduje mu podczas coniedzielnych spotkań w Klubie Filatelistów Śródmieścia. Major Gleb z niepokojem obserwuje metamorfozę rodzicielki, słusznie dopatrując jej w rosnącej pasji zagrożenia dla danych mu dotychczas podstawowych wygód życiowych : „Ciekawe, czy też wyrośnie z mej ukochanej mamy filatelistka ? I czy ja w ogóle będę miał smaczne obiady oraz… wszyskie guziki u koszul, jeśli, co nie daj Boże, zacznie naprawdę zbierać ?”

Jego obawy okazują się uzasadnione. O ile Gleb w zależności od potrzeb śledztwa prezentuje się to jako zbieracz okrętów, to zaś sputników, a kiedy indziej krajów, o tyle jego mama od początku jasno określiła swój priorytet: zbiera kwiaty. Po krótkim czasie staje się bywalczynią klubu i ostro rywalizuje na urządzanych przez klubowiczów aukcjach. Filatelistyczna pasja o mało co nie zaprowadzi jej zresztą za kratki, ku przerażeniu i wstydowi majora Gleba. Nawet we śnie mama Gleba drży o swój filatelistyczny stan posiadania: „Tylko że mi się śniło, że przyszli bandyci z nożami i chcieli zielony klaserek” !

Idąc tropem zabójcy nasz dzielny major nie waha się przekroczyć granice naszego kraju, co stanowi rzadkość w literaturze milicyjnej. Przełamując niechęć kolegi referenta z Biura Paszportów zdobywa upragnioną wizę do NRD i via Berlin (w tym  Zachodni) udaje się do Erfurtu i Drezna na poszukiwanie niemieckiego posiadacza „Dziesięciu Krakowskich Koron”, którym okazuje się rubaszny Baumeister Kaninchen. Jest on nie tylko zapalonym filatelistą, ale i wesołym kompanem do piwnej biesiady („Wein, Weib und Gesang”). Jego mina rzednie dopiero w miarę zbliżania się do domu, gdzie czeka jego groźna i niewyrozumiała dla zbierackiej pasji małżonka. Wówczas to udziela lieber Sammlerfreund następującej rady życiowej: „Kobiety nie mają ani za grosz zrozumienia dla znaczków. Są po prostu duchowo ograniczone (…). A pan, drogi kolego, niechaj się nigdy nie żeni, za żadne skarby. Choćby małżonka miała ci wnieść w posagu dziesięć najrzadszych „.

Drugi zagraniczny epizod w śledztwie to wyjazd majora Gleba do Pragi tropem dwóch podejrzanych. Nim jednak jego czeskiemu przyjacielowi pułkownikowi Honzie będzie dane zaprosić Gleba na knedliczki, major jak niepyszny musi wracać do Warszawy, bo okazuje się, że ścigani bandyci za cel obrali sobie wcale nie czeską, lecz warszawską Pragę (sic !).

„Otwarte okno” wyraźnie naznaczone jest pasją jego autora. Intryga kryminalna jest tu ewidentnie zepchnięta na boczny tor. Książką będą rozkoszować się przede wszystkim filateliści, którzy znajdą w niej mnóstwo użytecznych informacji i ciekawostek. Bardziej zawiedzeni będą „kryminaliści”, oczekujący ciekawie prowadzonej intrygi. Zapowiada się zresztą całkiem dramatycznie: tajemniczy lekarz wykonuje śmiertelny zastrzyk, Gleb zastawia pułapkę w pokoju nieboszczyka i otrzymuje potężny cios w głowę, podejrzany erotoman Wilhelmi (czyżby wzorowany na Romanie ?) zwodzi pościg, etc. Jednak nasz  major tak bardzo angażuje się emocjonalnie w „ząbkowane” sprawy, iż raz po raz wysuwa błędne hipotezy, których nie potwierdza dalsze śledztwo. A już ta awantura z Pragą to szczyt nieudolności !

Interesujący jest zabieg odrealnienia miejsca akcji, którym jest Warszawa. Autor osiąga to stosując  nieco futurystyczne nazewnictwo: Zachodnia Dzielnica czy też Północna Dzielnica, nawiązując zapewne do jedynej powieści kryminalnej popełnionej przez Stefana Kisielewski, czyli popularnego Kisiela. Jego „Zbrodnia w Dzielnicy Północnej” wyszła w roku 1948, a obecnie dostępna jest w wydaniu 1990 roku (seria z Kluczykiem, Iskry). Godna pochwały jest również staranność w odtwarzaniu detali topograficznych: opisy Berlina, Erfurtu czy Drezna początku lat 60-tych z pewnością nie powstały li tylko na bazie encyklopedycznych informacji, widać w nich osobiste wrażenia z podróży.

Na koniec mały konkurs: co to są szwimki ? („Miałem już na sobie tylko szwimki, kiedy z pokoju mamy rozbrzmiał na całe mieszkanie wrzask”).

Reasumując: pomimo wspomnianych mankamentów uważam, iż „Otwarte okno” to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się „kryminologa”. Piwowarczyka trzeba znać ! A tak na marginesie: czy Wam, pasjonatom polskiej powieści milicyjnej, filatelistyczne wariactwo nie przypomina czegoś w własnego podwórka ?