Marczyński Antoni – Kłopoty ze spadkiem 390/2025

  • Autor: Marczyński Antoni
  • Tytuł: Kłopoty ze spadkiem
  • Wydawnictwo: Iskry, Oficyna Filmowa „Galicja”
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1958, 1990
  • Nakład: 30000, 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Rafała Figiela

Antoniego Marczyńskiego współczesne media obwołałyby królem powieści bulwarowych; pamiętać jednak trzeba, że powieść bulwarowa rządzi się pewnymi zasadami: kicz, jarmarczność, egzaltacja, skrajne emocje, spiski, intrygi, romanse, nieskrępowany seks, a nawet trochę krwawego naturalizmu czy upiornego horroru typu rozrywanie ofiary na strzępy albo wrzucenie małych chłopców do wulkanu w celu złożenia ofiary bogu Baalowi.

Pojawiały się też w jego twórczości tematy poważne i aktualne, jak choćby wywóz młodych Polek do Buenos Aires, światowego centrum handlu żywym towarem; co z tego jednak, skoro były one zalewane prawdziwym morzem tandety. Pojawiało się też trochę szowinizmu czy nacjonalizmu, kiedy pozytywnymi bohaterami byli szlachetni, odważni i sprawiedliwi Polacy, a złymi byli perfidni Niemcy, Żydzi czy Rosjanie – i chyba głównie ta jawna antyrosyjskość oraz fakt pozostania na emigracji w Nowym Jorku były głównymi powodami powojennego zniknięcia Marczyńskiego z bibliotek. Na fali październikowej odwilży powrócił z niebytu w 1957 roku ale mam wrażenie, że był to już jego łabędzi śpiew, tym bardziej, że jeden ze swoich powrotów oparł na własnej powieści sprzed ponad dwudziestu lat.

Jest więc profesor Jan Borzęcki, który ma spory majątek dzięki swym wynalazkom z dziedziny farmaceutyki i publikuje w prasie ogłoszenie, by jego krewni przybyli w dniu jego urodzin do jego willi w Komorowie pod Warszawą. Po kłótni przy kolacji profesor informuje zebranych, że mogą sobie wybić z głów marzenia o spadku, a punktualnie o północy pada martwy z własnym rewolwerem w dłoni. Ślady wskazują na upozorowanie samobójstwa, a gdy okazuje się, że Borzęcki przed śmiercią spisywał testament, dla wszystkich staje się jasne, że morderca jest w willi.

I Antoni Marczyński wcale nie ukrywa tego, że „Kłopoty ze spadkiem” są lekko zmienioną wersją „Strzału o świcie” czyli jego własnej powieści z 1934 – nie porównywałem ich ze sobą ale podejrzewam, że głównie chodziło o zmianę przedwojennej policji na milicję. Książka jest rozpaczliwie słabiutka i tak właściwie nie wiadomo do końca czym miała być – czy prawdziwym kryminałem czy jego pastiszem. Inspiracja Agathą Christie jest widoczna już po kilku stronach, sęk tylko w tym, że napięcie w książkach królowej kryminału rośnie jak w filmie Hitchcocka, tu zaś systematycznie spada; co ciekawe Marczyński co chwilę stwarza kulminację napięcia – a to ktoś znika, a to ktoś kradnie testament, a to w pokoju, gdzie leży nieboszczyk włącza się światło – ale te kulminacje po pewnym czasie sprawiają wrażenie przesytu i po prostu nudzą. Ściągnięty do willi kapitan Huber opiera swoje oskarżenia na tak wątłych podejrzeniach, że wprost wydaje się niemożliwe, że oficer milicji może być tak naiwny; zresztą inne postacie są również przerysowane i jednowymiarowe. Intryga początkowo śmieszy, potem drażni, a w końcu irytuje, rozwiązanie zaś jest po prostu kuriozalne – zawsze mi się wydawało, że autor kryminału powinien ze swoimi czytelnikami rozegrać pewnego rodzaju grę: ja podsunę ci kryminalną zagadkę, spróbuję wyprowadzić w pole, zasugeruję ci jakieś rozwiązanie i zobaczę jak szybko sam wpadniesz na to, kto jest winny; tutaj na ostatnich stronach kapitan Huber, niczym Hercules Poirot siedzi w fotelu i opowiada historię godną przygód o Fantomasie potrafiącym zmieniać swoją osobowość. Już w okolicach połowy książki miałem jej dość, doczytałem ją do końca przez zwykłą przyzwoitość, ale chyba nikt więcej już tego robić nie musi.

Znalazłem trzy wersje gazetowe tej powieści: najpierw w grudniu 1957 roku „Kurier Lubelski” z wielką pompą ogłaszał wielki powrót Marczyńskiego; potem od kwietnia 1958 roku drukował ją „Głos Koszaliński”, a na przełomie roku 1958 i 1959 pojawiła się na łamach „Gazety Zielonogórskiej”. A w 1976 roku powstała jedyna powojenna adaptacja i jedyny w ogóle spektakl na podstawie prozy Marczyńskiego – w „Strzale o świcie” właścicielem willi jest Janusz Kłosiński, a członkami jego rodziny są, między innymi, Pola Raksa, Janusz Gajos czy Anna Milewska.