Z. Zeydler-Zborowski - "Nieudany urlop majora Downara" - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Z. Zeydler-Zborowski - "Nieudany urlop majora Downara" - Seria z Warszawą

Znaleźli ją na plaży. Błękitny elastyczny kostium efektownie podkreślał złotawą opaleniznę. Downar spostrzegł ją z daleka i trącił przyjaciela. – Widzisz ją? Wyciera się ręcznikiem. To ona. Ta z jasnymi włosami. Sarnecki gwizdnął cicho. – Ale babka...  Podeszli bliżej. – Dzień dobry – powiedział Downar. Ucieszyła się. – O, pan Stefan! Dzień dobry. Dawno pana nie widziałam. Gdzie się pan podziewał? – Szukałem pani, ale niestety na próżno. Ten adres, który mi pani podała, był fałszywy. Mieszka tam jakaś staruszka. Nie wiem dlaczego tak mnie pani nabrała. Roześmiała się. Odgarnęła włosy z czoła i powiedziała: – Bo pan z miejsca wziął trochę za ostre tempo, a ja tego nie lubię. – A jakich mężczyzn pani lubi? – Delikatnych i cierpliwych. – O tak. Archeologia wymaga dużo cierpliwości. Spojrzała na niego uważnie. – Co pan chce przez to powiedzieć? – Może byś mnie wreszcie przedstawił – wtrącił się do rozmowy Sarnecki. – Ach, prawda. Bardzo przepraszam. Pani pozwoli sobie przedstawić. To jest mój przyjaciel. Znakomity pływak. Sarnecki mocno uścisnął dłoń dziewczyny. – Milo mi panią poznać. Stefan dużo opowiadał mi o pani. Uśmiechnęła się. – O, tak dużo chyba nie mógł opowiadać. Widzieliśmy się zaledwie dwa razy. – Wystarczy raz panią zobaczyć, żeby mieć bardzo dużo do opowiadania – powiedział z galanterią Sarnecki. – Dawno pani nad morzem? – Już trzeci tydzień. – A gdzie pani stale mieszka? – W Warszawie. Dlaczego pan pyta? – Tak sobie. Z przyzwyczajenia. Lubię wiedzieć gdzie mieszkają najpiękniejsze kobiety. Spojrzała na niego spod rzęs. – Zdaje się, że ma pan zamiar zdobyć moje względy komplementami nie pierwszej świeżości. – Och, tak trudno teraz o świeży towar – roześmiał się Sarnecki. – A co do moich zamiarów, to przede wszystkim mam zamiar podziwiać pani urodę. – Jest pan niemożliwy. – Szukałem pani wczoraj i przedwczoraj – powiedział Downar. – Byłem wczoraj wieczorem w Orłowie. Myślałem, że panią spotkam. – To mogło się łatwo zdarzyć, bo ja właśnie wczoraj wieczorem poszłam brzegiem morza na samotny spacer w kierunku Sopotu. – Żałuję, żeśmy się rozminęli. A o której godzinie tak pani romantycznie spacerowała nad morzem? – Nie pamiętam. Była chyba dziewiąta, a może później. – No to ja właśnie o tej porze kręciłem się po Orłowie. Tylko, że szedłem górą, nie plażą. Szkoda, żeśmy się nie spotkali. Myślałem o pani. – To bardzo miło z pana strony.  Downar utkwił uważne spojrzenie w niebieskich oczach dziewczyny. – Czy pani wie. że profesor Skoczyński przeżywa teraz bardzo ciężkie chwile? – powiedział niespodziewanie. – Dlaczego pan sądzi, że interesują mnie przeżycia profesora Skoczyńskiego? – spytała. – Bo to pani przyjaciel. – Skąd to przypuszczenie? – Ja mam dobre informacje, panno Sabino. – O, wcale w to nie wątpię. Milicja powinna być dobrze poinformowana.  – Milicja? Roześmiała się, może trochę zbyt hałaśliwie. – Mam wrażenie, że pan mnie nie docenia. W związku z zamordowaniem profesorowej Skoczyńskiej spodziewałam się odwiedzin milicji. Nie wiedziałam tylko, czy to nastąpi dzisiaj czy jutro.  – Kto panią poinformował, że zostało popełnione morderstwo? – spytał Sarnecki. – O, to chyba nie jest żadna tajemnica. Na całym Wybrzeżu o niczym innym dzisiaj się nie mówi. Ludzie lubią sensacje. – To prawda. Ludzie lubią sensacje – przytaknął Downar. – Cieszę się, że wyjaśniliśmy sytuację. Mam nadzieję, że już nie będzie żadnych niedomówień.

 

© 2001-2009 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.