|
Proza raportowa - o książce Piotra Wolaka "Ośmiornica" 
Za późnej komuny wyobraźnię spragnionych zbrodni czytelników rozpalał komisarz Cattani oraz kryminał milicyjny, wyklinany przez Barańczaka. Historia pokazała, że lud miał rację, nie Barańczak - wyśmiewana konwencja przeżyła, zmutowała i wraca wśród wznowień. Nie ma już milicjantów, jest za to Centralne Biuro Śledcze i przy odrobinie dobrej woli książkę Piotra Wolaka można nazwać „kryminałem cebeesiowym". Cattani zabity dawno temu zostawił wspomnienia i dobry tytuł: „Ośmiornica". W Warszawie pojawia się nowy rodzaj amfetaminy i pochodnych, zaskakujących czystością oraz szybkim stopniem uzależniania. Policjanci nieustannie przymykają za posiadanie tabletek lub proszku, są jednak bezradni wobec nowej ofensywy odurzenia. Nic wesołego: ćpają wszyscy ze wskazaniem na studentów. Do tego mnożą się trupy. Najpierw ginie kurier, zaraz potem lokalny gangster wylatuje w powietrze we własnym samochodzie, ktoś wynosi pistolety z zakładów zbrojeniowych i ktoś potem z nich strzela. Za całą tę przykrą sytuację wydaje się odpowiadać niejaki Magik, były współpracownik bezpieki, który wybił się w świecie przestępczym na samodzielność. Dorwać go trudno, dowodów brak, a sam Magik przypomina smutny miks Keysera Sóze z Jokerem - ciągnie za sznurki i wymyka się z pułapek. Ta sytuacja bardzo martwi komisarza Adama Krępińskiego. Facet po prostu chciałby, żeby bandyci siedzieli w więzieniach i nikt nie wysadzał nikogo na ulicach Warszawy. W pracy jest twardy jak Borewicz, prywatnie ujawniając wrażliwość niemal licealną. Jego prostym światem zakochanego gliniarza wstrząsa informacja, że Magik ma „kreta", czyli wtyczkę w CBŚ. Ustalenie tożsamości tego drania jest głównym tematem „Ośmiornicy" i szkoda tylko, że Krępiński nie czytywał w młodości kryminałów milicyjnych. Wówczas wiedziałby, że na bank winny jest ten, kogo nikt nie śmie podejrzewać. Fabularnie „Ośmiornica"jest standardową powieścią o policjantach i gangsterach z wiodącym wątkiem korupcyjnym. Dokonując poszarzenia miasta, podmiany samochodów na „poldki" i gangsterów na spekulantów mielibyśmy lata 80. jak ta lala. Sens książki wyraża jednak nie fabuła, lecz język, doskonale z nią skorelowany. Wolak świat gliniarzy, małych i wielkich przestępców, narkomanów, całą swoją Warszawę odmalowuje za pomocą sformułowań z raportu policyjnego, czyniąc to tak konsekwentnie, że trudno podejrzewać go o przypadkowość. Najwyraźniej metoda ta ujawnia się przy opisach kolejnych bohaterów, naktóre nieodmiennie składa się wiek wzrost, waga oraz znaki szczególne. Ujawnia się specyficzny dla śledczych rodzaj wynikania, nawet jeśli nie dotyczy spraw obłożonych sankcją karną („ponieważ mieli za oknem park, a obaj bardzo lubili psy, zdecydowali się na zakup czworonoga"). Prozą raportową przerzucają się funkcjonariusze podczas rozmów służbowych i prywatnych, dając dowody heroizmu w fachowej skrótowości, do tego skruszona dziewczyna z półświatka namawia swego kochanka na uczciwość, uderzając w najwyższe tony. „Sam widzisz, gdzie bezprawie nas doprowadziło", rzecze. W tradycji kryminału milicyjnego mieściły się słowniczki przybliżające uczciwym czytelnikom zawiłości leksykalne grypsery. Po latach ten zabieg okazał się bezcenny - wznawiane teraz książki Hanny Sekuły (oczywiście Heleny - red.) - stanowią prawdziwy skarbiec zaginionego języka. Piotr Wolak zdecydował się kontynuować tradycję słowniczkową, wskutek czego spłynęła na mnie łaska poznania. Wiem już teraz, że „kasiora" to pieniądze, na więzienie można powiedzieć „pierdel", na policjanta „pies", zaś „giwera" wcale nie jest rzadkim zwierzęciem ani rodzajem ceraty, lecz pistoletem. Łukasz Orbitowski Gazeta Wyborcza - Duży Format, 29 października 2009 30/10/2009
|