Już od dłuższego czasu Olga Rudnicka obiecywała, że w swojej najnowszej książce to nas naprawdę postraszy. Horror taki, że niech się King i cała reszta schowają. Nie bardzo wierzyłam, bo przecież znam ją jako autorkę bardzo zabawnych kryminałów, w których trudno było czegokolwiek się bać. Okazało się jednak, że „Lilith” to rzeczywiście zupełnie inna książka - wprawdzie włosów na głowie nie jeży, ale intryguje, budzi dreszcz, przykuwa uwagę na ładnych parę godzin. Zaczyna się dość mrocznie: jakieś tajemnicze sceny z nieokreślonej przeszłości, pogoń, burza, zagrożenie, tonące w mroku postaci. Kiedy zaczynamy gryźć palce z emocji, autorka łagodzi atmosferę i przenosi nas w krajobraz niemal sielankowy - do Lipniowa, uroczego miasteczka, które wprawdzie przeszłość ma dość mroczną, ale za to teraźniejszość raczej pogodną. Otóż w Lipniowie spalono na stosie ostatnią w Polsce czarownicę, a po dwustu latach mieszkańcy postanowili ten niechlubny incydent obrócić na swoją korzyść. Udało im się zmienić Lipniów w zagłębie turystyczne, bo wiadomo, że nic tak ludzi nie przyciąga jak tajemnica. Miejscowi przedsiębiorcy prześcigali się w dogadzaniu wyrafinowanym gustom turystów: kilka razy do roku organizowano tzw. sabaty, czyli po prostu szampańskie zabawy, w których brało udział całe miasteczko, wszędzie można było nabyć jakieś okultystyczne gadżety, a miejscowa księgarnia oferowała szeroki wybór dzieł traktujących o czarach, czarownicach, magii, okultyzmie i temu podobnych. Nawet najlepsza w miasteczku restauracja mogła poszczycić się wystrojem godnym horroru. Czytaj dalej