Helena Sekuła - "Wstęga Kaina" - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Helena Sekuła - "Wstęga Kaina" - Seria z Warszawą

Czas cieknący leniwie od pierwszego do pierwszego i znowu mozolne wyliczanie czy starczy na modne kozaczki, nową sukienkę, perfumy, puder, najnowsze pastele. Nie starczało chociaż matka dawała utrzymanie. Niech się dziecko obsprawi, niech ma lżej niż ona w czasach własnej młodości. Gorycz. Nagle dostrzegały ciasnotę pomieszczeń, które je więziły przez wiele godzin, brzydotę starych biurek, nigdy nieodnawianych kancelaryjnych stołów i starsze koleżanki posiwiałe pośród zszywek, stempli, druków i interesantów nazywanych petentami egipską plagą ich urzędniczej egzystencji. Zalęgało się podejrzenie, że i one mogą pozostać na zawsze w tych dekoracjach i nikt ich nie odkryje, nikt się na nich nie pozna, nie uchyli przed nimi stworzonymi do lepszego życia, rąbka kulisy wiodącej w Wielki Świat. Brały się pomagać losowi, szukając łutu szczęścia. Biegły na ogłoszenia wytwórni filmowych poszukujących nowych twarzy dla kina. Obstawiały konkursy lektorów radiowych, prezenterek telewizyjnych, przyciągały je festiwale śpiewacze, recytatorskie, eliminacje striptizerek i pomniejsze imprezy, gdzie miały nadzieję zabłyszczeć, zainteresować, pokazać ładną twarz, dobrą figurę albo tylko dobre chęci. Wciąż odprawiane piękności w modnych stojach, pozbawione słuchu, ze złą dykcją, pretensjonalnie dukające teksty, nieumiejące poprawnie wymówić bodaj jednego słowa w obcym języku, północy szukające w dole mapy. Odkładały się osady niespełnionych oczekiwań, leniwie lecz nieustannie cieknącego czasu, wciąż zmniejszającego szansę, żalu do tych, którzy się na nich nie poznali, źródła niepowodzeń nigdy nie szukały w sobie, cudownie wolne od samooceny. Zdecydowane już na wiele ustępstw, gdy pojawił się wytworny cudzoziemiec i ofiarował od zaraz Wielki Świat nie zważając na niedostatki wymowy, nie wymagając wiedzy o tym świecie ni znajomości innego, niż własny języka czy geografii, frunęły w płomień świecy z radością. Zdarzały się dziewczyny trzeźwe, domyślające się prawdy o oferowanym fachu, inne nie miały złudzeń do czego je angażują, lecz większość była łatwowierna, zielona jak nać, spragniona sukcesu bezkrytycznie ufała każdemu słowu eleganckiego Włocha, który przyjmował je w apartamencie warszawskiego hotelu, a podpisanie kontraktu czcił w doskonałej restauracji. Wszystkie jednak i sprytne i naiwne, pragnęły zostać artystkami. Bycie artystką wyobrażały sobie jako ciągłą zabawę, nieustające święto złożone z przebierania się w coraz inne kreacje, udzielania wywiadów, pozowania do zdjęć; przyjęcia widywane na filmach, koniecznie z szampanem i zachwyconymi mężczyznami. Dużo szampana, dużo uwielbiających je mężczyzn, brawa i oczywiście występy. Dziewczyny bez złudzeń nie nastręczały kłopotów. Ale cielęta, które zapewnienia o śpiewach, tańcach, melodeklamacjach w nocnym klubie brały serio chociaż nie posiadały talentu, czy przynajmniej zadawalająco opanowanego rzemiosła, nie umiały śpiewać, ani grać na czymkolwiek, ani tańczyć, kiedy zaczynały pojmować charakter wymaganej pracy, urządzały awantury. Już pierwszego wieczoru, na początku prezentacji w nocnych salonach, więdły z rozczarowania nie widząc partnerów w wieku do małżeństwa, bowiem w najskrytszych myślach hodowały nadzieję na pięknego, młodego, bogatego cudzoziemca, który zakocha się od pierwszego spojrzenia, porwie, obsypie strojami, pierścionkami, ubierze na biało i w pianie śnieżnego tiulu zaprowadzi przed ołtarz. A tu ani śladu urodziwych chłopców, tylko panowie w słusznym wieku, albo i zaawansowanym. Z tym większą wyniosłością odtrącały awanse brzydkich, starych mężczyzn. Wciąż nic nie rozumiejąc parskały jak rozzłoszczone koty, dumne i oburzone otrząsały z siebie jakby mnożące się ręce, zdesperowane uciekały do gabinetu Szefa opędzając się od natrętnych wielbicieli, tam wybuchały płaczem, żądając wyjaśnień paszportów i wyprawienia do domu. Jeszcze raz Szef na swój przewrotny sposób tłumaczył Cielęciu jego obowiązki. Podsuwał pod nos podpisany kontrakt, z którego wynikało, iż Cielę sprzedało się Klubowi ze wszystkim, przyrzekło być posłuszne i bez szemrania świadczyć usługi, a nie wyczyniać brewerie i obrażać gości. – Potwierdziłaś własnym podpisem – dziobał wypielęgnowanym paznokciem w punkt umowy, który stwierdzał, że panna taka i taka zaangażowana na trzy lata, zobowiązała się pod rygorem zerwania kontraktu i zapłacenia odszkodowania wypełniać wszystkie wymienione i niewymienione na piśmie warunki Klubu, reprezentowanego przez Carla. Cielę chciało zrywać kontrakt. Nic prostszego. Szef podsuwał rachunek. Oto koszta. Przejazd skądś tam do Genui, wikt, pranie, komorne, cena sukien uszytych na miarę, obuwia ze świetnej firmy, ręcznie haftowanej bielizny z naturalnego jedwabiu, lekcji gracji, wdzięku i tańca, lekcji skutecznego naciągania gości na najdroższe alkohole. Suma przedstawiała się zawrotnie. – Zwrócisz, odzyskasz paszport i możesz odejść.

LINK Recenzja


 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.