Jerzy Edigey - Czek dla białego gangu - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Jerzy Edigey - Czek dla białego gangu - Seria z Warszawą
– Mamy ptaszka – tymi słowami porucznik Rajski powitał majora wchodzącego do jego pokoju w KDMO na Walicowie. – Jeżeli chcecie, to zaraz dadzą go nam tu na górę.

– Poruczniku, lepiej zwalniajcie kolejno wszystkich zatrzymanych, tak żeby Rękawek został na sam koniec. Wtedy i on, i jego kumple będą myśleli, że idzie na wolność.

– Obchodzicie się z nim jak z jajkiem! Ale dobrze, zrobimy, jak chcecie. Tylko przesłuchiwać ja go będę osobiście.

Nie upłynęło pół godziny, kiedy do pokoju wprowadzono mężczyznę około 40 lat, krępego, silnie zbudowanego. Lewe ucho miał grube, mięsiste, lecz zupełnie płaskie, bez śladu zarysu muszli usznej i u góry nieco oberwane. Wchodzący szybkim spojrzeniem obrzucił cały pokój. Przelotne zdumienie odbiło się na jego twarzy na widok nieznanego oficera milicji z dystynkcjami majora.

Ukłonił się nisko.

– Moje uszanowanie panu porucznikowi. Jak zdróweczko? Dawnośmy się nie widzieli. A pana majora nie mam przyjemności jeszcze znać.

– Słuchajcie, Rękawek – głos porucznika Rajskiego brzmiał groźnie – nie spotykamy się w salonie i niepotrzebne tutaj żadne „trele-morele”. Gadajcie krótko, coście znowu zmajstrowali.

– Ja nic nie wiem, panie poruczniku. Niech tak skonam.

– To ja się wami opiekuję, pracę wam wyrabiam, a wy co? Długo pracowaliście? A mówiliście, że to ostatni raz.

– Panie poruczniku, niewinny jestem. Jak Boga kochanego! Jakichś dwóch ochlapusów coś tam zrobiło, jeden drugiego w pysk strzelił, a tu zaraz milicji jak psów... O, przepraszam – poprawił się – milicja wpada i wszystkich, którzy byli w knajpie, od razu do mamra zabiera. Czy to jest sprawiedliwość? To łamanie praworządności.

– Słuchajcie, Rękawek, ostatni raz was ostrzegam. Nie róbcie ze mnie balona.

– Jak bym śmiał, panie poruczniku. Tyle lat pracujemy ze sobą. Ja miałbym z kochanej swojej władzy ludowej balona robić? Skarz mnie Bóg!

Major siedział z boku i nie mówiąc ani słowa pilnie przysłuchiwał się temu dialogowi. Widział, jak spokojna na początku twarz porucznika stawała się coraz bardziej czerwona. Nozdrza zaczęły mu lekko drgać. Przypomniało to majorowi dawne czasy. Jeszcze w szkole oficerskiej w Słupsku starszy, doświadczony wykładowca wiele razy im powtarzał, że między prowadzącym śledztwo a przestępcą toczy się pojedynek. W tej walce wygrywa ten, kto zdoła dłużej zachować spokój i nie da się ponieść nerwom.

– Dość tego gadania – porucznik huknął pięścią w stół. – Gadajcie do cholery, jak to było z tym zabójstwem prokuratora na Agrykoli.

– Ja nie wiem o żadnym zabójstwie żadnego prokuratora – twarz Rękawka ani drgnęła – pan porucznik mnie zna. Rękawek czasem robił „bombę”, ale nigdy nie szedł na ,.mokrą robotę”.

– We wtorek napadnięto na Agrykoli i zamordowano prokuratora. Mamy dowody, że braliście udział w napadzie. W pracy was nie było. Świadkowie widzieli was na miejscu zbrodni. Znaleziono woreczek z piaskiem.

– Ja tam nic nie wiem. Mało to frajerstwa teraz na rozbój chodzi. Weźmie jeden z drugim trochę piasku do worka i pod uczciwego fachowca się podszywa.

– Co robiliście tego ranka?

– Jakiego ranka? – Rękawek nie dał się złapać w pułapkę.

– We wtorek przed dziesięcioma dniami. Do pracy przyszliście wtedy z trzygodzinnym opóźnieniem.

– A, wtedy! Trochę sobie człowiek wieczorem kropnął, to się i zaspało. Gdzie miałem być? Prosto z domu poszedłem do roboty.

– To dlaczego widziano was na Agrykoli?

– Ja tam nie wiem, kto mnie widział. Z domu poszedłem do pracy.

– Kto to był ten drugi. Wasz wspólnik?

– Nie mam żadnego wspólnika.

– Słuchajcie, Rękawek. Tyle razy chodziliście na „bombę”, macie dziesięć wyroków i tłumaczycie się jak ostatni frajer. Wyraźnie mówię: mamy dowody. Poznał was i portier z Ministerstwa Oświaty, i świadkowie na przystanku. Znaleźliśmy też woreczek z piaskiem, a wy mi tutaj bajeczki opowiadacie. Wiecie, że jak się przyznacie, to i lepiej będzie wam w mamrze, i wyrok będzie łagodniejszy. Co wam do głowy strzeliło, aby w biały dzień, i to na prokuratora robić zamach?

– Ja nie wiem, panie poruczniku, o czym pan mówi.

– Nie będziecie też nic wiedzieli, jak oberwiecie wyrok z artykułu 225. Dotychczas dużo rzeczy wam się upiekło. Tylko raz oberwaliście pięć lat. Niedługo będziecie wspominali, jak to dobrze było, kiedy dostawało się tylko pięć lat. Popatrzcie na ulicę, przyjrzyjcie się jak tam ludzie sobie chodzą, bo coś mi się widzi, że więcej jej za życia nie zobaczycie.

– Co pan mnie tak straszy, panie poruczniku? Ja nie z tych bojących. Ciągle pan mi mówi o mokrej robocie i o 225 artykule. Już mnie pan zamyka w trumnie niczym umarlaka. Jeszcze jest sąd, jeszcze musi być sprawa. Jeszcze mi niczego nie dowiedziono. Gdzie ten trup, ten prokurator, co go miałem zabić? Może mi go pan pokaże? – W tonie Rękawka wyczuwało się wyraźną kpinę.

Tak też musiał  to zrozumieć porucznik Rajski, bo od pytań przeszedł  do perswazji.

– Rękawek, sami pomyślcie. Macie złą sprawę. Nawet gdy wszystkiemu zaprzeczycie i gdyby doszło tylko do poszlakówki, to i tak dobrze zarobicie. Co najmniej z dziesięć lat. Przecież tego wam prokuratura nie puści płazem. Sąd też nie będzie się namyślał. Dadzą wam duży wyrok, choćby dla odstraszenia, żeby się różne knajaki za prokuratorów i sędziów nie brali. Żeby zrozumieli, że im się to nie opłaca. Im się to nie będzie opłacało, a wy zapłacicie własną skórą. No, Rękawek, miejcie rozum. Przecież wiem dobrze, że sami tej roboty nie wymyśliliście. Kto to był ten drugi?

– Ja nic nie wiem – tępo odpowiedział Rękawek utkwiwszy oczy w podłodze.

– A Macioszka znacie?

– Nie znam żadnego Macioszka.

– Ale z was uparty człowiek. Ja dla niego jak najlepiej, z samej życzliwości chcę chłopa wyciągnąć z kabały, a ten mi wariata struga. Mówi, że Macioszka nie zna. Tego z cementowni z N.

– Żadnego Macioszka nie znam – powtórzył Napiórkowski.

– To i czeku też nie widzieliście?

– Jakiego czeku? – w głosie Rękawka można było wyczuć prawdziwe zdumienie.

– Słuchajcie, Rękawek, gadajcie po dobroci.

– Ja nic nie wiem, panie poruczniku.

– Jak sobie chcecie – porucznik mówił te słowa sztucznie spokojnym głosem.

Rajski wezwał dyżurnego milicjanta.

– Wziąć go na dół, do izolatki. Pilnujcie, żeby z nikim się nie komunikował. Jeszcze jedno. On się chce oduczyć palenia. Dym mu szkodzi.

– Mogę nie palić, panie poruczniku – zgodził się Rękawek wychodząc z pokoju.
 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.