Helena Sekuła - Złoty blues - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Helena Sekuła - Złoty blues - Seria z Warszawą

Poruszana wiatrem latarnia rzucała ruchomy krąg światła. Co kilka sekund snop światła padał na uchylone okno szpitalnej separatki. Przez moment smugi jasności przebiegały pokój, oświetlając fragmenty nielicznych sprzętów.
Miarowe błyski wydobywały z mroku nieruchomo spoczywającą na poduszce obandażowaną twarz chorego, wreszcie wyrwały go ze snu.
Ranny powoli z wysiłkiem podniósł  powieki i przez długą chwilę nie mógł zorientować  się, gdzie jest. Wydawało mu się, że to tylko krótkie błyski światła wywołują uporczywy, pulsujący ból głowy i całego ciała.
– To męczy – myślał niezupełnie jeszcze obudzony.
Potem nagle, ostro wraca świadomość. Wie, że będzie żył. Bezładnie napływają myśli do obolałej głowy. Pytania – same pytania.
Jak długo będzie musiał  leżeć w szpitalu? – W domu niewątpliwie była milicja, przecież do nich dzwonił, wtedy myślał, że umiera, 26-24-24 był jedynym numerem jaki sobie przypomniał. Czy milicja w takich wypadkach przeprowadza rewizję? A jeżeli tak, to co znaleźli? Nic. On sam nic takiego nie zostawił, ale ON? Co ON mógł zostawić? Działał w pośpiechu, zaskoczony. Czy milicja przyjdzie do szpitala, aby uzyskać od niego jakieś wyjaśnienia? Na pewno przyjdzie. Chyba już tu była. Prawdopodobnie tylko dzięki interwencji chirurga dotychczas panowie z milicji nie złożyli mu wizyty. Tak, musi jak tylko najdłużej można utrzymywać lekarzy w przeświadczeniu, że jest nieprzytomny. Ciągle spać, albo udawać, że śpi. Nie odzywać się, nie mówić.
W korytarzu rozległy się  lekkie kroki. Zatrzymały się pod drzwiami separatki Pawła Rittnera.
– Siostra z zastrzykiem – domyślił się chory. – Powiem jej żeby zasłoniła okno. A może lepiej nic nie mówić?
Bez szmeru otworzyły się  drzwi pokoju i ktoś bardzo ostrożnie je zamknął. Ciche kroki zbliżyły się do łóżka.
– Dlaczego nie zapali światła? – pomyślał leniwie. Aha! Sądzi, że śpię i nie chce mnie budzić.
Spod przymkniętych powiek obserwował w półmroku białą postać. Pielęgniarka wydała mu się wyższa, szczuplejsza od tej, którą już znał. Jednak ta niby obca sylwetka wydała mu się dziwnie znajoma. Musiał już gdzieś ją widzieć. Chciał zobaczyć jej twarz – był ciekaw czy nie zawodzi go pamięć. Ale pielęgniarka stanęła bokiem do łóżka, skrzydełko białego kornetu i bardzo puszyste włosy sprawiły, że twarz kobiety pozostała w cieniu.
Błysk latarni zza okna przez chwilę oświetlił jej ręce – bardzo wąskie, kruche dłonie i długie piękne palce.
Pielęgniarka napełniła strzykawkę, starannie podciągnęła tłoczek i ze szklanej fiolki nabierała bezbarwny płyn.
Wiatr znów zachybotał  uliczną latarnią, a na palcu kobiety zalśnił przenikliwym zimnym blaskiem duży brylant i natychmiast zgasł wraz z umykającym światłem.
Chory poruszył się  gwałtownie i niespodziewanie usiadł na łóżku. Kobieta drgnęła. Wyprostowała się z gotową strzykawką w ręku.
– Nie! Nie! – wyszeptał gorączkowo chory – nie chcę żadnego zastrzyku. Nie zgadzam się na żaden zastrzyk!
– Takie jest zalecenie lekarza – powiedziała łagodnie kobieta.
Rittner rozpaczliwie skrzyżował  ręce w geście obrony.
– To jest zalecenie lekarza! Bandyci! Nawet tu przyszliście do szpitala. Chcecie mnie zabić! Nie dam się!... – charczał.
Przy każdym słowie zranione płuco przeszywał ostry ból. Drobne kropelki potu pokryły mu czoło pod bandażami. Rozszerzone źrenice wyrażały obłędne przerażenie.
– Przeżył pan szok – perswadowała szeptem pielęgniarka – stąd te lęki. Dlatego otrzymuje pan zastrzyki.
Kobieta delikatnie spróbowała wziąć go za ramię. Paweł Rittner wpatrywał się  hipnotycznie w lśniącą igłę strzykawki. Z nieprzewidzianą  siłą odepchnął białą postać.
– Precz! – krzyknął. – Precz! Na pomoc!
Jedną ręką zasłonił  się przed kobietą, a drugą nacisnął guzik dzwonka... nie odejmował od niego słabnących palców, aż wyczerpany opadł na poduszki.
Wydawało mu się, że traci przytomność. Przypomniał sobie, że przecież pod ręką ma kontakt nocnej lampki i może rozświetlić ten złowrogi półmrok. Potem błyski latarni... lampka, lśniąca igła strzykawki, oddaliły się gwałtownie i świadomość rozpadła się w tysiące lśniących igieł...
Nie słyszał już  szybkich kroków na korytarzu. Przywołało go do przytomności światło w pokoju i coś chłodnego w zagięciu ramienia.
– Nie, nie chcę! Proszę lekarza – mamrotał.
– Mierzę panu temperaturę  – wyjaśnił niski, męski głos.
Chory uspokoił się. To był znajomy głos dyżurnego lekarza. Z wysiłkiem uniósł powieki – tak, to lekarz. Słyszał jakby z oddali ten sam głos, cicho rozmawiający z jakąś kobietą.
– Chory przeżył szok. To się zdarza przy tego rodzaju obrażeniach. Temperatura gwałtownie podskoczyła do czterdziestu stopni. Nic dziwnego, że majaczy.
Rittner chciał wyjaśnić,  że to nieprawda, ale jego uwagę znów skoncentrował głos lekarza. Tym razem zniecierpliwiony, prawie gniewny.
– Gdzie jest siostra Renata? Pacjent o dziesiątej powinien otrzymać antybiotyki.
Na chwilę zaległo milczenie. Potem odezwała się kobieta. Mówiła cicho, trochę niepewnie.
– Widocznie wyszła gdzieś na oddział.
– Co to znaczy „widocznie”? – rozgniewał się doktor. – Proszę zrobić zastrzyk i natychmiast przysłać do mnie siostrę Renatę.
Lekarz wstał z krzesła i skierował się do drzwi. Pielęgniarka napełniła strzykawkę.
– Nie, nie, proszę zostać  – Rittner z rozpaczliwym wysiłkiem chwycił lekarza za biały kitel. – Ona chce mnie zabić – wyjaśnił szeptem.

LINK Recenzja

LINK Gazetowiec

 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.