Helena Sekuła - "Kieliszek Bordeaux" - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Helena Sekuła - "Kieliszek Bordeaux" - Seria z Warszawą

Sprawa zaczęła się typowo. Dozorca domu powiedział dzielnicowemu, że jednego z lokatorów – Igora Ordona, plastyka – nie widział od dwóch tygodni. To, że go nie widział, nie miało większego znaczenia, bo często nie bywało go miesiącami, ale mniej więcej od dziesięciu dni bez przerwy pali się tam światło i prawie ciągle dość głośno gra radio – nawet w nocy. Sąsiedzi już się kilkakrotnie na to skarżyli. Skargi sąsiadów na Ordona również nie były niczym niezwykłym – zdarzały się często i to – zdaniem dozorcy – z bardziej istotnych powodów niż głośno grające radio. Dzielnicowy sprowadził ślusarza i w asyście dozorcy otworzono pracownię, mieszczącą się na piątym piętrze. Igor Ordon nie żył. Gdy major Korosz – inspektor służby kryminalnej Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej – przyjechał z ekipą dochodzeniową, z mieszkania buchał upał i nieznośny trupi zaduch, ryczało radio. Skrupulatny dzielnicowy, wierny zakazowi, że przed przybyciem ekspertów na miejsce wypadku nie wolno nic ruszyć, nie tknął nawet radia. W pracowni piec do wypalania ceramiki zamykany na hermetyczną śrubę, ział gorącem. Za kotarą z flamandzkiego gobelinu głęboki fotel wypełniało obrzękłe ciało Igora Ordona z odrzuconą na oparcie głową. Na stoliku stała butelka francuskiego Bordeaux i jeden kryształowy kieliszek z resztką wina na dnie. Gdy major zobaczył tę scenerię – zorientował się, że dochodzenie nie będzie łatwe. Oczywiście jeszcze tego samego dnia po wykonaniu ekspertyz w Zakładzie Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji wiadomo było, że: Igor Ordon wypił wino z silną dawką cyjanku. Stwierdzono obecność tej trucizny w reszcie wina pozostałej w kieliszku Bordeaux. Natomiast wino w butelce nie było zatrute. Na kieliszku znaleziono odciski palców otrutego. Staranne oględziny butelki nie ujawniły żadnego śladu linii papilarnych. Nasuwało się przypuszczenie, że to nie plastyk nalewał wino do kieliszka, a prawdopodobnie zabójca. Po otruciu Ordona starannie usunął z butelki ślady, które mogły go zdradzić. Prawdopodobnie pił wino z Ordonem, ale swój kieliszek albo umył, albo zniszczył. Przemawiał za tym założeniem jeszcze fakt, że popielniczka – duża symetryczna misa z czarnej kamionki – była bez jednego niedopałka, idealnie wyczyszczona. Na niej również nie znaleziono żadnych śladów. Ani w pracowni, ani w części mieszkalnej, ani w przedpokoju i łazience – nie znaleziono nic, co mogłoby przynajmniej w przybliżeniu wskazać kierunek zaczynającemu się śledztwu. A więc pierwszy minus dochodzenia – absolutny brak śladów. Drugim poważnym minusem była wysoka temperatura ceramicznego pieca, w którym akurat wypalała się partia przepięknych korali, klamer, brosz i różnego rodzaju ozdób. Temperatura ta wpłynęła decydująco na przyspieszenie rozkładu ciała. Medycy sądowi nie byli w stanie określić jak dawno zmarł otruty. Trzecią niewiadomą były motywy zbrodni. Zemsta? Rabunek? Porachunki osobiste? W pracowni nie widać było śladów jakiegokolwiek gwałtownego działania, poszukiwań, czy oczywistego rabunku. Inna rzecz, że w całym pomieszczeniu oprócz flamandzkiego gobelinu, nie znaleziono nic specjalnie wartościowego – oczywiście poza ceramiką, która przedstawiała wartości niewymierne i nie mogła być brana pod uwagę jako dowód morderstwa albo przedmiot łupu. Zmarły miał na ręku zegarek, w portfelu około tysiąc złotych drobnymi banknotami. W ściennej szafie wisiały dwa ubrania, podniszczona skóra, płaszcz z orlonu i aparat fotograficzny dobrej marki. Major Korosz odłożył album z kolorowymi reprodukcjami prac zmarłego plastyka. Grzebał dalej w książkach. Między grubymi tomami natknął się na pękatą, kartonową teczkę. Posypały się jakieś kwity, rachunki. Teczkę postanowił zabrać ze sobą, nie chciało mu się teraz przeglądać jej zawartości. Rozejrzał się po wnętrzu. W kącie części mieszkalnej – za kotarą z flamandzkiego gobelinu – był mały barek. Odsunął drzwiczki. Stało tam kilka talerzy, kieliszków i oplatana wikliną butelka do połowy napełniona jakimś koniakiem. Trzeba przysłać ekspertów – pomyślał – niech obejrzą te naczynia. Wziął kartonową teczkę i skierował się do drzwi. Drogę zastąpił mu kot. Miauknął z nadzieją i otarł się o nogi majora. – Gdybyś umiał mówić, kotku – major pogładził puszyste futro zwierzątka. – Głodny jest – pomyślał. Wziął kota pod pachę i wyszedł z mieszkania. Zapukał do dozorcy. – Gospodarz domu jestem, Wincenty Aniołek – przedstawił mu się mężczyzna, który otworzył drzwi. – Proszę do środka – przepuścił majora przed sobą – pan pewno z milicji... O! kiciuś pana Ordona... biedne zwierzątko, teraz sierotka – pokiwał ze współczuciem głową pan Aniołek. – Właśnie, może pan go zatrzyma do czasu zanim się ktoś po niego nie zgłosi? – zapytał major. – Dobrze – przystał dozorca. – Ja go mogę nawet na zawsze wziąć, tylko na pewno ktoś go zechce... To rasowy kot, perski – powiedział z dumą znawcy. – Ale ja tu o kocie, a pan pewno chce się przewiedzieć o nieboszczyku Ordonie? – Zgadł pan – przyznał major. – Ja tylko panu powiem – zaczął z namaszczeniem pan Aniołek – jak kto jest porządny, to go zawsze nieszczęście spotka – pokiwał głową z przekonaniem. – Panie, co to był za człowiek, to wprost nie do opowiedzenia... odżałować nie mogę. – Podobno sąsiedzi skarżyli się na niego. Pan Wincenty popatrzył z namysłem na inspektora. – Prawda, popić lubił... ale nigdy po pijanemu nie rozrabiał, grzeczny był, uszanowanie oddał. No, czasami to tam hałasy u niego po nocy były, ale nie tak znowu często... a najwięcej, że brudził... bo to w szopie na podwórku materiały trzymał, to czasem na schodach się rozsypało. Ale specjalnie moją starą na pensję wziął, żeby tej czystości pilnowała nie tylko u niego w pracowni.

 

© 2001-2009 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.