|
O wpół do drugiej nad ranem, kiedy cały dom przy ulicy Wiejskiej 14 pogrążony był w głębokim, spokojnym śnie, na drugim piętrze przed drzwiami jednego z mieszkań przystanął mały, szczupły mężczyzna bez płaszcza i czapki, tylko w szaliku owiniętym dokoła szyi. Przez dłuższą chwilę nadsłuchiwał, spoglądał w górę i w dół, czekał. Wreszcie pochylił się nad klatką schodową, z cicha gwizdnął. Wtedy z dołu, na parterze, oderwał się jakiś cień i szybko, bezszelestnie zaczął wchodzić po schodach na drugie piętro. Kiedy zrównał się z tamtym, kiwnął głową, że wszystko w porządku. – Dozorca? – spytał pierwszy samymi wargami. Przybyły machnął ręką. Wtedy tamten wyjął z kieszeni dwa klucze. – Na pewno nikogo nie ma? – drugi chciał się jeszcze raz upewnić. Jego towarzysz potrząsnął głową. Dobrze wiedział, że lokator wczoraj o jedenastej rano wyjechał swoim wozem gdzieś w kierunku Krakowa. Inaczej by tu w ogóle nie przyszli. Delikatnie włożył w zamek jeden z kluczy, spróbował czy nie natrafia na opór, potem przekręcił. Zamek poddał się od razu i włamywacz uśmiechnął się z zawodową dumą. Nie pierwszy to raz wchodził „na pasówkę” i znał się na rzeczy. Za pomocą specjalnie przez siebie zrobionej maści, zwanej w złodziejskiej gwarze „diameksem”, zdjął przed tygodniem z zamka miarę, a potem ustalił wysokość i szerokość łopatki, jaką powinien mieć klucz. Wypiłowanie w surowym kluczu odpowiednich wcięć to był już drobiazg. Otworzył drzwi, pchnął lekko i obaj natychmiast znaleźli się w mieszkaniu. Pierwszy, nie zapalając na wszelki wypadek lampy, posłużył się swoją przyciemnioną latarką. Szybko obrzucił światłem przedpokój, potem dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i uspokojony kiwnął ręką na tamtego, który stał bez ruchu u drzwi wejściowych, gotów na pierwszy znak rzucić się do ucieczki. Mężczyzna z latarką podszedł przede wszystkim do okien. Wszędzie story były opuszczone, mimo to nie zaryzykował zapalenia żyrandola. Zaświecił tylko małą lampkę przy tapczanie, osłoniwszy ją jakąś gazetą. Tak było bezpieczniej. Jego towarzysz rozglądał się uważnie dokoła, a na jego twarzy widać było coraz większe zadowolenie. – „Hiszpan”! – westchnął w pewnej chwili. – Ale to chawira, niech tego faceta szlag trafi!... Obłowim się. Ty masz fart. – Stul mordę – mruknął „Hiszpan”, otwierając dużą, trzydrzwiową szafę z ubraniami. Przy robocie nie lubił gadania, to przeszkadzało. Wprawnymi ruchami wyrzucił na dywan kilka garniturów, na zwykłe koszule ani spojrzał, brał tylko non iron, wszystko co gorsze zostawiał w szafie. Drugi złodziej, nic już nie mówiąc, upychał z dywanu sztuka po sztuce do wyciągniętej z pawlacza walizki. – Dość, „Papuga” – rzekł pierwszy, zamykając starannie szafę. Podszedł do biurka, spróbował otworzyć jedną szufladę, potem drugą, ale były szczelnie zamknięte. Zastanawiał się przez chwilę, co tam może być w środku i czy warto tracić czas, kiedy jakiś szmer w przedpokoju zwrócił jego uwagę. Odwrócił się, ale było już za późno. Ostre światło reflektora uderzyło go po oczach, w tej samej chwili usłyszał: – Tu milicja, ręce do góry! Zrezygnowany, wściekły i zdumiony (jak to się mogło stać?) z wolna uniósł ręce w górę. „Papuga” stał już nieruchomo jak słup, z zadartymi w powietrze rękami i ogłupiałą twarzą. To był patrol. Sierżant z Komendy MO na Wilczej przyjrzał się obu zatrzymanym, któryś z milicjantów zapalił żyrandol. Nie, tu już nie dało się uciec do zwykłego w takich wypadkach „zdziwienia” i udawania, że właściwie nie wie, skąd się tu wziął i dlaczego. Dowody przestępstwa leżały u jego nóg, dorobione klucze w kieszeni marynarki, na wyrzucenie już za późno... „Hiszpan” pochylił głowę. Złość dusiła go za gardło. Tak się dać złapać, jak byle gówniarz! Ale jak to się stało? Rozmyślał gorączkowo, mierząc jednocześnie oczami odległość do okna i do drzwi, ale na oknach wisiały gęste zasłony, zanim by się przez nie przedarł... a w drzwiach stał jeden z milicjantów. Na dole pewnie mają radiowóz. – K... jego mać! – zaklął z takim żalem, że sierżantowi lekko drgnęły wargi. Nagle „Hiszpan” spojrzał na tapczan i na stojącą obok niego palącą się jeszcze lampkę, a potem na okno. Czyżby to...? Z lampki osunęła się gazeta i ostra żarówka biła światłem prosto w okno. Może to zwróciło ich uwagę? Ich – albo dozorcy czy innej cholery w tym domu. Chciał opuścić ręce, ale sierżant właśnie sięgnął do kieszeni jego marynarki. Oczywiście, klucze... Podoficer obejrzał je uważnie i pokiwał głową. – Dorobione, co? – stwierdził raczej, niż zapytał. – Nie, znalazłem – warknął „Hiszpan” i zaraz pożałował. Nie należało drażnić władzy, to była zła metoda. – Sierżancie, w zamku są jeszcze ślady diameksu albo plasteliny – rzekł kapral, który akurat zajmował się metodami włamań, bo ze służby zewnętrznej chciał przerzucić się do dochodzeniowej. – Wszedłeś na pasówkę? – tym razem pytanie było skierowane wyraźnie do „Hiszpana” i sierżant czekał na odpowiedź. Skinął głową. – Gdzie masz melinę? – Jaką znów melinę? – No, twój warsztat ślusarski – w głosie podoficera wyczuł kpinę, co go ubodło. – Gdzie chowasz lutownicę, cynę, kwasy? Nie odpowiedział. Uśmiechnął się nieznacznie. Mogą długo szukać. „Koślawy” nie zdradzi, chyba że się uchleje, wtedy do wszystkiego zdolny. „Kirus obrzydły” pomyślał niechętnie.
LINK Recenzja

|