|
Gdy zajechali przed cyrk, uzbrojeni policjanci wyskakiwali właśnie z auta. Opodal stała karetka pogotowia. Marvan szybko przedostał się przez tłum i wpadł do cyrku. Natychmiast natknął się na Borelliego. – No, nareszcie jesteś! – zawołał Włoch. – Gdzież się podziewasz do diabła? – Gdzie goryl? – rzucił pytanie pogromca. Olbrzymia małpa stała pośrodku areny, kołysząc się na potężnych kabłąkowatych nogach. Z gardzieli wydobywało się głuche, ponure porykiwanie. Kilkudziesięciu zbrojnych ludzi stało dokoła, w oczekiwaniu czegoś strasznego. – Róbże coś! – krzyknął Borelli. – Jeżeli pan chce, żebym opanował sytuację, proszę natychmiast usunąć stąd wszystkich ludzi – powiedział spokojnie pogromca. – All right. – Atleta wydał odpowiednie rozkazy. Po chwili ludzie wycofali się z wolna. „Kapitan” rozglądał się wokoło swymi małymi, krwią nabiegłymi oczami i nie przestawał warczeć groźnie. – Każę przynieść bat – szepnął Borelli. – Nie trzeba – mruknął Marvan. – Niech mi pan da rewolwer. Włoch w milczeniu podał broń, którą pogromca szybko wsunął do kieszeni. – Proszę teraz odejść – rozkazał krótko. Atleta cofnął się za dużą skrzynię z dekoracjami. Marvan pozostał sam na sam z „Kapitanem”. – Come on, Captain – powiedział łagodnie zrobiwszy krok w kierunku małpy. Goryl wyprostował się na całą wysokość i uderzywszy się potężnie we włochatą pierś zaryczał ostrzegawczo. Pogromca szedł jednak ku niemu stanowczym krokiem, ciągle przemawiając spokojnie i bez cienia gniewu. Wreszcie stanął o dwa kroki przed „Kapitanem” i utkwił wzrok w oczach potwora. Goryl przestał ryczeć, a z jego kosmatej gardzieli dobywał się jeszcze tylko głuchy warkot. Wtedy Marvan podszedł jeszcze bliżej i położył rękę na potwornym łbie. Goryl przysiadł i zwiesił ku ziemi muskularne łapy. Sytuacja była opanowana. Pogromca już bez trudu zaprowadził „Kapitana” do przygotowanej klatki. Po chwili tłum ludzi otoczył Marvana. Wszyscy z podziwem patrzyli na bohatera dnia. – Niech cię diabli wezmą, mój chłopcze! – zawołał stary Mathews, ściskając pogromcę. – Jak ty to robisz? Byliśmy już wszyscy przekonani, że trzeba będzie zastrzelić tego potwora. Doprawdy jesteś nadzwyczajny. Marvan uśmiechnął się połechtany mile komplementem. – Nic nadzwyczajnego. Po prostu trochę zimnej krwi – powiedział, zapalając papierosa. – Bob i Tomasz też mieli zimną krew, a teraz leżą w szpitalu – odezwał się z tłumu Somerss. – Musieli popełnić jakąś nieostrożność – odparł pogromca. Tymczasem Borelli dziękował policjantom za pomoc, która na szczęście okazała się niepotrzebna. Sierżant Grant zasalutował uprzejmie, zebrał swoich ludzi i opuścił cyrk. Powoli wszystko zaczęło się uspokajać. Cyrkowcy wracali do swych zajęć, komentując głośno wydarzenie i wychwalając niezwykłą odwagę Marvana. Stary Mathews wziął przyjaciela pod rękę i odprowadził na bok. – Słuchaj Fred – powiedział półgłosem – chciałbym z tobą pogadać. – Dobrze, ale nie teraz – odparł pogromca. – Muszę zająć się trochę zwierzętami. A o czym chcesz mówić? – Mathews przymrużył oko. – O interesach – szepnął. Marvan wzruszył ramionami i spojrzał zdziwiony. – Cóż ty znowu możesz mieć za interes? – mruknął. – Ale dobrze, jeśli chcesz, możemy pogadać po przedstawieniu. – All right. Marvan ruszył do klatki, z której niedawno wydostał się „Kapitan”. Był zaintrygowany w jaki sposób goryl mógł sobie poradzić z potężnymi kratami. Wydawało mu się to bardzo podejrzane. Po drodze zatrzymał Patricka. – Kto pierwszy zauważył, że „Kapitan” jest na swobodzie? – spytał chłopca. – Nie pamiętam – odparł Patrick. – Wydaje mi się, że Mathews pierwszy przybiegł do dyrektora, kiedy ja sprzątałem stajnie. Był bardzo przerażony. Marvan podszedł do klatki, w której do niedawna przebywał goryl. Trzy grube kraty były wyłamane i leżały na ziemi. Pogromca podniósł je i obejrzał uważnie, a następnie podłubał coś scyzorykiem przy klatce. Widać było, że jest podniecony. – Hm – mruknął w zamyśleniu – ciekawe, bardzo ciekawe. – Wziął jedną kratę, zaniósł ją do swej garderoby i wrócił następnie do zwierząt. Musiał przygotować się trochę do wieczornego występu.
LINK Gazetowiec

|