|
– Posiadamy dwa komplety kluczy do skarbca. Jeden, jak już pan wie, rozdzielony jest między trzech wyższych urzędników banku, aby tylko wspólnie mogli otworzyć pancerne drzwi. Drugi komplet trzymaliśmy początkowo w Narodowym Banku Polskim. Później jednak kontrola NIK zwróciła nam uwagę na mogące wyniknąć z tego niebezpieczeństwo – jeden człowiek mający klucz do sejfu NBP ma również dostęp do naszych kluczy. Po namyśle i dość długiej korespondencji, gdyż Komenda MO wcale się nie kwapiła do przyjęcia tego rodzaju depozytu, złożyliśmy komplet kluczy w Pałacu Mostowskich z tym zastrzeżeniem, że w razie potrzeby milicja przyjedzie z kluczami do banku i będzie obecna przy otwieraniu trezora. – W ten sposób – zakończył dyrektor Helski – wy posądzacie nas, a my możemy z równym skutkiem twierdzić, że skarbiec został otwarty kompletem kluczy znajdujących się w Pałacu Mostowskich. Kapitan roześmiał się. – Oczywiście sprawdzimy i tę ewentualność, ale jest ona mało prawdopodobna. Ani milicjant, ani żaden cywil nie mógł z zewnątrz wejść po godzinie drugiej po południu nie tylko do skarbca, ale nawet do gmachu banku. A gdy w pół godziny później umieszczaliście wczoraj kufer w kasie z obrotem dziennym, pieniądze leżały przecież na górnej półce nienaruszone. Przestępstwa dokonano przeto pomiędzy godziną trzecią wczoraj po południu a ósmą rano dnia dzisiejszego. Chciałbym obejrzeć te wszystkie klucze. – W tej chwili poproszę tutaj dyrektora Jana Lisaka i dyrektora Adama Jarosza. Oto mój klucz. Kapitan wziął podany mu przedmiot i uważnie go obejrzał. Był to płaski klucz zrobiony z jakiegoś białego, podobnego do srebra metalu. Wyglądał jak popularny „Yale” od zatrzasku do drzwi, tylko znacznie dłuższy. Na jego płaskim łebku nad okrągłą, niewielką dziurką oficer MO odczytał napis „Henry Kane”, a pod spodem „London, England”. U nasady klucza z jednej strony wygrawerowany był „1902”, z drugiej „6755”. Klucze, które kapitan następnie oglądał u pozostałych dwóch ich posiadaczy, były identyczne. Miały tylko nieco inny układ ząbków. Ich numery brzmiały: „6754” i „6756”. Oglądając wszystkie trzy klucze przez silnie powiększające szkło kapitan nie wykrył na nich najmniejszych śladów zadrapań czy szczerb. Oficera MO zastanowiła również ich waga. Były bardzo ciężkie. – To chyba nie stal? – Nie, kapitanie. To stop irydu z platyną. Bodaj najtwardszy ze znanych na świecie metali. Nasz bank został wybudowany w 1901 roku, a uruchomiony w rok później. Wówczas ten skarbiec był ostatnim wyrazem techniki w tej dziedzinie. Budowali go Anglicy z firmy „Henry Kane”. Data na kluczu oznacza rok produkcji kasy, a numer jest kolejnym numerem produkcji każdego kompletu. Stop jest tak twardy, że chociaż te klucze używane są bez przerwy od przeszło sześćdziesięciu lat, nie ma na nich najmniejszych znaków zużycia. Tymi kluczami można nawet szkło krajać. – A te zdeponowane w Komendzie Milicji są takie same? – Nie. W czasie Powstania Warszawskiego przepadł nam drugi komplet kluczy, więc dorobiliśmy zapasowy, lecz już ze stopu używanego normalnie do produkcji „Yale”. Właśnie ten „normalny” komplet został złożony w MO. – Wiem, że fabryki kas pancernych robią zwykle trzy komplety kluczy. Gdzie jest ten trzeci komplet? Bo nawet wszystkie zasuwy i zatrzaski mają potrójne zestawy... – Ma pan rację. Pierwotnie nasz skarbiec miał także trzy komplety. Przechodziły one różne koleje. Można by o tym całą książkę napisać. W czasie pierwszej wojny światowej nasz bank był ewakuowany aż do Samary, dziś Kujbyszew. Dwa komplety kluczy zostały w Warszawie, trzeci wędrował po różnych miastach Rosji i wrócił do Polski razem z archiwum bankowym dopiero w 1922 roku. W okresie międzywojennym jeden komplet, ten „roboczy”, posiadali nasi poprzednicy, drugi miał prezes banku Jacek Potulicki, a trzeci prezes rady nadzorczej Artur Śliwowski. – Potulicki zginął w Lublinie? – Widzę, że pan kapitan jest doskonale poinformowany o wielu sprawach. Istotnie, prezes Potulicki eskortując część skarbca Banku Polskiego, papiery oraz pieniądze Banku Komunalnego, zginął w czasie nalotu w dniu 8 września 1939 roku na ulicy w Lublinie. Bomba trafiła w samochód, który wraz ze wszystkimi pasażerami dosłownie rozniosło na drobne kawałki. Ponieważ obok stała ciężarówka z beczkami benzyny, pożar strawił wszystko, co jeszcze mogło pozostać po eksplozji bomby. W ten sposób straciliśmy pierwszy komplet kluczy. – Prezes Potulicki miał przy sobie te klucze? Jest pan tego pewien? – Jak najzupełniej. Prezes był doświadczonym, wytrawnym bankowcem. Klucze zawsze nosił przy sobie. Trzymał je w kamizelce na specjalnym łańcuszku i nigdy się z nimi nie rozstawał. Doceniał ich znaczenie. To nie to, co teraz, gdy nasz bank jest przede wszystkim instytucją sprawdzającą prawidłowość różnych list, płacy i kontystą obrotów bezgotówkowych. Przed wojną, panie kapitanie, mieliśmy w naszym skarbcu kwoty sięgające nieraz paru milionów dolarów. I to tych dobrych dolarów sprzed dewaluacji. Przekazanie kluczy prezesowi banku i prezesowi rady nadzorczej było dowodem wysokiego zaufania akcjonariuszy do władz instytucji.
LINK Recenzja

|