|
Doskonale też wiedział, że mieszkanie w domu naprzeciwko, na tym samym piętrze, okno w okno, zajmuje jakieś małżeństwo. On – mężczyzna nieco powyżej czterdziestki. Wysoki szatyn z zarysowującą się już łysiną. Chyba był krótkowidzem, bo nosił stale okulary. Ona – przystojna blondynka. Tak na oko dobiegała do trzydziestki. Niezbyt wysoka, oczy niebieskie, regularne rysy twarzy. Lekka skłonność do tuszy. Była kobietą, którą mężczyźni jeszcze nie nazywają „grubą”, ale mówią delikatniej „pulchna”. Mieli dziewczynkę. Pan Antoni nawet pamięta, kiedy mąż przywiózł żonę z niemowlakiem ze szpitala. Później, spoglądając przez okno, stwierdzał jak to dziecko szybko rośnie. Zdawało mu się, że jeszcze powinno być w pieluszkach, a przecież już samo stało na balkonie trzymając się rączkami siatki. Zaraz potem zaczęło biegać. Stary emeryt nie był entuzjastą małych dzieci, chociaż los obdarzył go w małżeństwie aż trójką, dwoma synami i córką. Obecnie te dzieci miały własne dorastające potomstwo i wszystko wskazywało, że Antoni niedługo doczeka się pierwszych prawnuków. Dziewczynka z okna naprzeciwko budziła jednak wielką sympatię emeryta. Było to dziecko grzeczne i ciche. Żadna piękność, ale robiła sympatyczne wrażenie. Ponieważ oboje małżonkowie pracowali, dzieckiem zajmowała się jakaś starsza pani. Wychodziła dopiero wówczas, kiedy matka wracała po pracy do domu. Starsza kobieta zwykle zabierała dziewczynkę na spacer na pobliskie Wybrzeże Kościuszkowskie. Tutaj mała biegała razem z licznymi rówieśnikami. Pan Antoni także prawie każdego ranka w tym parku spacerował. Znał starszą opiekunkę, jak też i dziewczynkę. Nieraz częstował ją cukierkami. Często także rozmawiali czy też dawali sobie znaki przez ulicę. Ulica Zajęcza przecież ma zaledwie dwanaście metrów szerokości. Z rodzicami dziecka Antoni Cielentniewski nigdy nie zamienił słowa. Ale to bliskie sąsiedztwo kazało całej trójce wymieniać ukłony przy przypadkowych spotkaniach na ulicy lub w parku. Przed laty, kiedy pan Antoni jeszcze pracował, nie zwracał uwagi na swoje otoczenie. Zaczął swoich sąsiadów poznawać dopiero wówczas, kiedy nogi coraz bardziej odmawiały mu posłuszeństwa i coraz częściej przykuwały go do wygodnego fotela. Kiedy nawet niedaleki spacer z ulicy Zajęczej nad Wisłę stawał się wyprawą. Był to szczegół, który później, w czasie rozprawy w Sądzie Wojewódzkim, tyle razy „rozwałkowywali” obrońcy oskarżonej. Tego tragicznego dnia, było to we wtorek dwudziestego czerwca 1977 roku, pomimo pochmurnego dnia, pan Antoni jak zwykle wybrał się na spacer nad Wisłę. Ławeczka, gdzie najczęściej przesiadywał, była wolna. Ze względu na niepewną pogodę niewiele matek i babć przyszło ze swoimi pociechami. Nic dziwnego. Gdy deszcz kogoś zaskoczy na Wybrzeżu Kościuszkowskim, nie ma się gdzie schronić. Z jednej strony Wisła, z drugiej zabudowania elektrowni. Najmniejszego daszka. Ale opiekunka przyszła z dziewczynką. Starsza pani usiadła na ławeczce z drugiej strony skweru i zajęła się robotą na drutach. Mała Ela dostrzegła przyjaciela i przyszła się z nim przywitać. Emeryt miał zawsze przygotowane na takie spotkanie cukierki czekoladowe. Teraz także częstował nimi swoją małą przyjaciółkę. Panna Ela z całą powagą podziękowała, wzięła jeden cukierek dla siebie, drugi „dla cioci” i odbiegła, żeby się bawić z koleżankami. Cielentniewski tak się zaczytał w swojej gazecie, że wstając z ławki nawet nie zauważył, czy opiekunka wraz z dziewczynką wróciły do domu. Po południu rozpadało się na dobre. Antoni nie podchodził do okna ani nie wychodził na balkon. Dopiero przed wieczorem rozpogodziło się i tego dnia emeryt nie widział więcej małej Elżbietki. Ale kiedy wyszedł na balkon gdzieś około ósmej wieczorem, ujrzał w oknie naprzeciwko tamtą twarz. Tylko na moment. Ta obca kobieta szybko zamknęła okno i zapuściła zasłonę. Nazajutrz, schodząc po mleko i po bułki, Cielentniewski w sklepie dowiedział się, że Elżbieta Kowalewska została w okrutny sposób zamordowana wczorajszego wieczoru.
LINK Recenzja
LINK Gazetowiec

|