Anna Kłodzińska - Złota bransoleta - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Anna Kłodzińska - Złota bransoleta - Seria z Warszawą

Sklep komisowy otwierano o godzinie jedenastej. O dziesiątej zjawiał się zwykle posługacz Dzwoniec, a w chwilę po nim szybkim, energicznym krokiem nadchodził kierownik. Ale tym razem Jan Dzwoniec nie mógł się go jakoś doczekać. Zmarzł stojąc na dworze, przestępował z nogi na nogę i rozcierał zziębnięte ręce, a Zadrożnego jak nie było, tak nie było.
Przez podwórze przechodził dozorca domu, Pietruszka. Przystanął obok Dzwońca.
– Zimno, co? – zagadnął.
– A zimno – przytaknął inwalida przytupując. Chwilę milczeli.
– Kierownik się spóźnia – zauważył dozorca. – Dochodzi wpół do jedenastej.
– Ale!... – Dzwoniec zaniepokoił się. – To już tak późno?
– Może zachorował?
– A może.
– Kto wtedy przyniesie klucze?
– Klucze? Chyba pan Cichoń. A bo ja wiem...
Dozorca wzruszył ramionami. – Gapa! – pomyślał. Machinalnie przyglądał się kłódce przy zasuwie, która wisiała jakoś dziwnie przekrzywiona. Nagle podszedł bliżej i ujął kłódkę w rękę.
– Ej, widzi pan?! – krzyknął zdumiony. – Przecie otwarta!
– Ja-jak to „otwarta”? – zająknął się posługacz. – Wczoraj zamknęliśmy, to nie może być otwarta.
Kłódka w rękach dozorcy otworzyła się bez oporu. Teraz obaj dopadli sztaby, odsunęli ją i chwycili za klamkę. I drzwi nie były zamknięte. Dozorca cofnął się ze strachem.
– Nie, ja już wolę nie wchodzić! – powiedział stanowczo. – W sklepie pewnie byli złodzieje. Trzeba po milicję... a milicja nie lubi, jak się ślady zadepcze.
– Święty Antoni! – posługaczowi trzęsły się ręce i głowa jak w ataku febry. – Złodzieje w sklepie? Może jeszcze tam siedzą?
– Idź pan, głupiś czy co? Do rana by siedzieli i czekali, aż milicjanty po nich przyjdą? Walaj pan do telefonu, tu obok w aptece. Albo stój pan, ale nie właź do środka i nie wpuszczaj nikogo, a ja pójdę zadzwonić. O, idzie jeden z waszych...
Z bramy wynurzył się Jerzy Cichoń.
– Co się stało? – zapytał ze zdziwieniem, widząc trzęsącego się ze strachu Dzwońca. – Czemu nie wchodzi do sklepu?
Na wyjaśnienie posługacza ekspedient zbladł, potem poczerwieniał i zacisnął szczęki. Chciał coś powiedzieć, ale w tej chwili nadeszła kasjerka. Była wesoła, zaróżowiona od mrozu, pełna energii.
– Co tak stoicie jak zmarznięte wróble?! – zawołała ze śmiechem. – Nie ma jeszcze kierownika? Stało się coś? – zmieniła ton widząc ich twarze.
– Sklep jest otwarty – odparł cicho Dzwoniec. – Pewnie w środku... złodzieje.
Zastanowiła się chwilę, po czym parsknęła gniewnie:
– No to przecież trzeba wejść i zobaczyć! Czemu pan stoi, panie Jerzy? Wyście wszyscy powariowali! Złodzieje o jedenastej rano?
Cichoń ujął ją za ramię.
– Niech pani tam nie wchodzi. Poczekamy na milicję...
– A jak się okaże, że nie było żadnych złodziei, tylko Zadrożny źle zamknął kłódkę, to dopiero wygłupimy się przed milicją! – rzuciła uwalniając rękę. – Zresztą, zostańcie, ja sama zobaczę.
Otworzyła drzwi do małego pokoiku i weszła.
Na jej krzyk, ostry i rozdzierający, obaj mężczyźni drgnęli i rzucili się do drzwi. Ale ona już wycofywała się tyłem, śmiertelnie blada, trzymając palce zaciśnięte przy ustach. Patrzyła wciąż w dół, na podłogę, jakby nie mogąc oderwać oczu od czegoś, co ją przejęło taką zgrozą... Na podwórze wszedł milicjant i dozorca.

LINK Recenzja

 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.