|
Sklep komisowy otwierano o godzinie jedenastej. O dziesiątej zjawiał się zwykle posługacz Dzwoniec, a w chwilę po nim szybkim, energicznym krokiem nadchodził kierownik. Ale tym razem Jan Dzwoniec nie mógł się go jakoś doczekać. Zmarzł stojąc na dworze, przestępował z nogi na nogę i rozcierał zziębnięte ręce, a Zadrożnego jak nie było, tak nie było. Przez podwórze przechodził dozorca domu, Pietruszka. Przystanął obok Dzwońca. – Zimno, co? – zagadnął. – A zimno – przytaknął inwalida przytupując. Chwilę milczeli. – Kierownik się spóźnia – zauważył dozorca. – Dochodzi wpół do jedenastej. – Ale!... – Dzwoniec zaniepokoił się. – To już tak późno? – Może zachorował? – A może. – Kto wtedy przyniesie klucze? – Klucze? Chyba pan Cichoń. A bo ja wiem... Dozorca wzruszył ramionami. – Gapa! – pomyślał. Machinalnie przyglądał się kłódce przy zasuwie, która wisiała jakoś dziwnie przekrzywiona. Nagle podszedł bliżej i ujął kłódkę w rękę. – Ej, widzi pan?! – krzyknął zdumiony. – Przecie otwarta! – Ja-jak to „otwarta”? – zająknął się posługacz. – Wczoraj zamknęliśmy, to nie może być otwarta. Kłódka w rękach dozorcy otworzyła się bez oporu. Teraz obaj dopadli sztaby, odsunęli ją i chwycili za klamkę. I drzwi nie były zamknięte. Dozorca cofnął się ze strachem. – Nie, ja już wolę nie wchodzić! – powiedział stanowczo. – W sklepie pewnie byli złodzieje. Trzeba po milicję... a milicja nie lubi, jak się ślady zadepcze. – Święty Antoni! – posługaczowi trzęsły się ręce i głowa jak w ataku febry. – Złodzieje w sklepie? Może jeszcze tam siedzą? – Idź pan, głupiś czy co? Do rana by siedzieli i czekali, aż milicjanty po nich przyjdą? Walaj pan do telefonu, tu obok w aptece. Albo stój pan, ale nie właź do środka i nie wpuszczaj nikogo, a ja pójdę zadzwonić. O, idzie jeden z waszych... Z bramy wynurzył się Jerzy Cichoń. – Co się stało? – zapytał ze zdziwieniem, widząc trzęsącego się ze strachu Dzwońca. – Czemu nie wchodzi do sklepu? Na wyjaśnienie posługacza ekspedient zbladł, potem poczerwieniał i zacisnął szczęki. Chciał coś powiedzieć, ale w tej chwili nadeszła kasjerka. Była wesoła, zaróżowiona od mrozu, pełna energii. – Co tak stoicie jak zmarznięte wróble?! – zawołała ze śmiechem. – Nie ma jeszcze kierownika? Stało się coś? – zmieniła ton widząc ich twarze. – Sklep jest otwarty – odparł cicho Dzwoniec. – Pewnie w środku... złodzieje. Zastanowiła się chwilę, po czym parsknęła gniewnie: – No to przecież trzeba wejść i zobaczyć! Czemu pan stoi, panie Jerzy? Wyście wszyscy powariowali! Złodzieje o jedenastej rano? Cichoń ujął ją za ramię. – Niech pani tam nie wchodzi. Poczekamy na milicję... – A jak się okaże, że nie było żadnych złodziei, tylko Zadrożny źle zamknął kłódkę, to dopiero wygłupimy się przed milicją! – rzuciła uwalniając rękę. – Zresztą, zostańcie, ja sama zobaczę. Otworzyła drzwi do małego pokoiku i weszła. Na jej krzyk, ostry i rozdzierający, obaj mężczyźni drgnęli i rzucili się do drzwi. Ale ona już wycofywała się tyłem, śmiertelnie blada, trzymając palce zaciśnięte przy ustach. Patrzyła wciąż w dół, na podłogę, jakby nie mogąc oderwać oczu od czegoś, co ją przejęło taką zgrozą... Na podwórze wszedł milicjant i dozorca.
LINK Recenzja

|