Anna Kłodzińska - "Malwersanci" - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Anna Kłodzińska - "Malwersanci" - Seria z Warszawą

Wilczyński wsiadł do tramwaju, niedbale okazał konduktorowi miesięczny bilet i wcisnął się w kąt platformy, zapinając szczelnie płaszcz, bo przez otwarte drzwi leciał chłód. Nie dostał pożyczki. Właściwie, przed pierwszym pieniądze miał zawsze tylko Namitkiewicz, ale z zasady nie pożyczał – no i Adamczak, ale do niego Wilczyński nie mógł się zwrócić, żałował teraz, że nie poprosił jednak inspektora. Chyba by nie odmówił. Odechciało mu się powrotu do domu, na obiad. Wiedział, że Maria nie od razu zapyta o pieniądze, że zrobi to później nieśmiało, z przepraszającym uśmiechem. I to właśnie było najgorsze. Już by chyba wolał, żeby krzyczała, robiła awantury. Mógłby wówczas również krzyczeć na nią, że widocznie za dużo wydaje – co oczywiście było nieprawdą – że on nie jest w stanie nastarczyć na cztery osoby, i tak dalej. Mógłby potem trzasnąć drzwiami, że oto ma już dosyć wszystkiego, i tego domu z awanturującą się żoną, i wiecznych krzyków o pieniądze... Tak, ale Maria nigdy nie krzyczała ani nie dopominała się. Prowadziła dom tak oszczędnie, jak tylko się dało, cerowała i przerabiała sama bieliznę i ubrania dzieci, a w dodatku wieczorami przygotowywała się do egzaminu na zaocznych kursach księgowości i stenografii. Robiła wszystko, żeby mu pomóc, a on nie mógł w żaden sposób zrobić jej sceny i po męsku wynieść się z domu na cały wieczór. Niech to diabli... W gruncie rzeczy przecież ją kochał i po prostu nie mógł dać sobie rady z pieniędzmi. Maria zapewniała go wprawdzie, że jeszcze dwa, trzy miesiące, i ich sytuacja się zmieni. Ona zacznie pracować, dorobi te brakujące półtora tysiąca, potem może i więcej. – Znów się spotykamy – powiedział ktoś, dotykając jego ramienia. Spojrzał bokiem. To był Olański. Jechał widocznie razem z nim już od przystanku obok Centrali, a on wcale tego nie zauważył. – Widzę, że się pan czymś trapi – rzekł majster półgłosem. – Na frasunek dobry trunek. Może wstąpimy na małą przekąskę? Wilczyński poczuł nagle, że ma szaloną ochotę na kieliszek wódki i – powiedzmy – „tatara” albo marynowanego śledzika. Oczy mu rozbłysły i natychmiast przygasły. Przecież nie ma... – Ja pana zapraszam – Olański obserwował go uważnie. – Cóż to, chyba nie wstydzi się pan zjeść i wypić razem z majstrem? – Głupstwa pan mówi, panie Wacławie – odparł referent zmieszany. – I nie hańba to dla pana przyjąć zaproszenie. Zresztą, nie idziemy przecież na jakiś wielki ochlaj – roześmiał się. – Pan jada obiady w domu? Wilczyński przytaknął. – No, widzi pan. I ja też. A to będzie tylko taka mała przekąska. – Mój ojciec był garbarzem – bąknął referent, ni w pięć ni w dziewięć, kiedy wysiedli na placu Konstytucji i szli w stronę biur „Orbisu”. – Co pan powie? – zdziwił się grzecznie Olański. – W Warszawie? – Nie. W Krakowie. Ale zmarł podczas okupacji. Dokąd idziemy? – Do „Małego Smakosza”. To pan przejął po ojcu fach, panie Wilczyński, co? Tylko za biurkiem to pan wiele nie zarobi. No, proszę – popchnął go przodem, gdy stanęli przed barem. – Chodźmy od razu do drugiej salki, tam swobodniej. Czekaj pan, ja tu zaraz co... – rozglądał się po półmiskach z wędliną i rybami, stojących za szklaną gablotą. – Idź pan i zajmij miejsce przy blacie, ja przyniosę co trzeba. Po paru minutach przytaszczył dwie „setki”, talerzyk z pasztetem i schabem na zimno, widelce. – Zaraz, jeszcze chlebek... Wrócił z pieczywem. Ujęli za stopki, wypili. Wilczyński poczuł miłe ciepło, rozchodzące mu się po ciele. Sięgnął po widelec, dziabnął kawałek schabu, nałożył trochę musztardy. Majster starannie rozsmarował pasztet na kawałku chleba. Przez chwilę jedli w milczeniu. – Na drugą nogę... – mruknął Olański i odszedł do bufetu. Referent słabo zaprotestował, ale tamten machnął ręką niecierpliwie. Oprócz wódki przyniósł jeszcze dwa kawałki faszerowanego szczupaka. – No, co pan dziś chodził taki zatroskany? – zagadnął życzliwie, kiedy wypili drugą porcję. – Ma pan jakieś kłopoty? Wilczyński westchnął. – Kto ich nie ma – odparł oględnie. – Pewnie. Zwłaszcza przed pierwszym. – Oj, tak! – wyrwało się referentowi z głębi serca. Olański położył mu rękę na ramieniu. Była to duża, silna ręka z krótkimi mocnymi palcami, pełna blizn i śladów farby. – Panie Jasiu... niech pan się nie gniewa, że jak tak do pana, ale pracujemy przecież w jednej instytucji. Więc, panie Jasiu, proszę posłuchać: na kłopoty zawsze jest rada. A to – szybkim ruchem wyjął z kieszeni banknot pięćsetzłotowy i wepchnął mu do płaszcza – to pan mi odda po pierwszym. Ale tym następnym pierwszym – zaśmiał się. Wilczyński poczerwieniał i gwałtownie sięgnął do swojej kieszeni, chcąc wyjąć banknot, ale majster mocno przytrzymał jego rękę. – Niech pan nie robi ceremonii – rzekł szorstko. – Gdybym nie miał i nie mógł, to bym tego nie zrobił. Zwyczajna pożyczka, rozumiesz pan? I nie ma o czym gadać. – Bardzo panu dziękuję – szepnął referent, przekładając pieniądze do portfela. Był uradowany i zły jednocześnie. Rozejrzał się dyskretnie, czy w barze nie ma przypadkiem któregoś z kolegów i czy nie widział tej pożyczki. – Nie ma, nie ma – uspokoił go Olański, który spostrzegł te manewry. – Niech pan się nie obawia. To zostanie tylko między nami.

LINK Recenzja

 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.