Anna Kłodzińska - Błękitne okulary - Seria z Warszawą | Wydawnictwa klubowe
Anna Kłodzińska - Błękitne okulary - Seria z Warszawą

W półmroku nie dostrzegli samotnej postaci, wciśniętej w wiklinowy fotel koło szafy. Dopiero kiedy się odezwał, wszyscy – cała piątka – zaskoczeni, odwrócili głowy w jego stronę, choć powinni byli się przyzwyczaić do tego, że zjawiał się niespodziewanie albo czekał już na nich, mimo iż umawiał się inaczej. – Dobry wieczór – powiedział, nie podnosząc głosu. Zawsze mówił cicho, podobno przechodził operację strun głosowych i tak mu to już zostało. – Proszę, niech ktoś zamknie drzwi. Może pan, panie Andrzeju. Młody mężczyzna o przystojnej, trochę kpiącej twarzy, siedzący najbliżej drzwi, podniósł się leniwie i zamknął je na klucz. – Proponuję, żebyśmy od razu przystąpili do rzeczy – rzekł niecierpliwie niski, barczysty blondyn o wyraźnych skłonnościach do tycia. Miał krótkie nogi, wystający brzuch i oczy bystre, chłodne, o spuchniętych powiekach. – Doktorze Hacen, co pan proponuje? Wiklinowy fotel zaskrzypiał, siedzący w nim poruszył się lekko. – Proponuję – odparł – abyśmy zajęli się pewną przesyłką kolejową. Dwa wagony, od granicy konwojowane przez strażników przemysłowych z fabryki „C-4”, dla której są przeznaczone. Fabryka ma bocznicę kolejową. Przesyłka nadejdzie nocą, wagony odstawiają na bocznicę, strażnicy pójdą spać. – Co tam jest? – spytał mężczyzna o rybich, wyłupiastych oczach nad ostrym nosem. Palce miał żółte od nikotyny, palił dwie paczki dziennie. – Chemikalia, inżynierze. Wartość przesyłki, tak na oko, pół miliona. – Czego? – Złotych dewizowych, oczywiście. Barczysty blondyn skrzywił się niechętnie. – Będą pilnować w nocy. To nie węgiel czy blacha, na pewno postawią wartowników. Ale rzecz jest warta rozważenia. Wartownicy, to jeszcze nie problem. Kiedy wagony mają nadejść? – Za dziesięć dni, o ile CEHAZ nie przesunie terminu. Ostatnio zagranica trochę opóźnia dostawy chemiczne, mają jakieś z tym trudności. – Oni mają trudności? – blondyn parsknął śmiechem z ironią. – Myślałem, że to tylko u nas się zdarza. – Panowie, od kiedy to interesuje nas polityka? – skrzywił się chudy, ciemnowłosy mężczyzna siedzący pod oknem. Jego bladoniebieskie oczy lśniły nieustanną drwiną. Na nosie osiadły mu krople potu, starł je delikatnie chusteczką śnieżnej białości. Był zawsze starannie ubrany i w niczym nie przypominał księgowych z karykatur, choć od wielu lat uprawiał swój zawód ze znawstwem i zamiłowaniem. – Za dziesięć dni czy za dwadzieścia, co za różnica. Tak czy tak, musimy się przygotować. Dwa wagony, mówi pan... – zamyślił się na chwilę. – Będę miał trochę trudności ze zbyciem. Chciałem powiedzieć: ze zbyciem tu, w Warszawie – poprawił się szybko. – Proponuję wobec tego Katowice albo Gdańsk. – Kogo mamy w Gdańsku z tej branży? – spytał blondyn. – O, niejednego, mecenasie. Tam te rzeczy idą jak woda. Co to są za chemikalia, doktorze Hacen? Odczynniki, lakiery? Tworzywa? – Dokładną listę będę miał za kilka dni. Na razie wiem tyle, że w przesyłce przeważają masy plastyczne, przede wszystkim fenoplasty. Jest sztuczny kauczuk, chloroprenowy... – Amerykański? Neopren? — przerwał żywo inżynier. – Tak. – Droga rzecz. Jest bardzo odporny. Co jeszcze, doktorze? – Barwniki kadziowe. Jakieś farby, nie pamiętam nazw. Sądzę, że nie ma potrzeby teraz się tym zajmować. Przejdźmy do opracowania planu. – Chwileczkę – powiedział nagle ostatni z grupy, który dotychczas nie zabierał głosu. – Chciałbym od razu zaznaczyć, że u mnie tego przechować się nie da. Ja mówię na wszelki wypadek, bo... – urwał, zmieszany ostrym spojrzeniem mecenasa. – Magazyn spółdzielczy jest mały, ciasny, podkreślałem to wiele razy, ale nigdy nie chcecie mnie słuchać. – Tchórz – mruknął przystojny. Wyjął z kieszeni grzebyk i przeczesywał bujne, czarne włosy. – Ciasno mu!... Pan magazynier nie potrafi wymyślić lepszego pretekstu? Boi się pan, i tyle. – Zostaw, Andrzej – inżynier machnął ręką lekceważąco. Doktor Hacen wolno odwrócił głowę w stronę magazyniera. W półmroku jego oczy, ukryte za niebieskimi okularami, były niewidoczne. Siwe, starannie uczesane włosy, głębokie bruzdy na twarzy czyniły tę twarz surową i starczą. – Czy mamy przez to rozumieć, panie Oziembło, że wycofuje się pan w ogóle ze współpracy z nami? – spytał prawie szeptem. – Czy chce pan, żebyśmy tak to rozumieli? Oziembło zbladł. Nerwowo zacisnął palce na poręczach krzesła. Obecni milczeli. Każdy z nich zresztą myślał o tym samym i Oziembło wiedział, o czym oni myślą. Dlatego nagle przejął go dziki, trudny do opanowania lęk.

LINK Recenzja

 

© 2001-2011 Klubowicze - Klub MOrd. Polskie kryminały milicyjne. Klub Kryminalny. Powieść milicyjna, kryminalna i szpiegowska. Kryminał PRL. Morderstwo w PRL.