| Esej o klasykach kryminału skandynawskiego |
|
Skandynawska para
Zastanawiając się nad osobliwym doborem dzieł duetu tłumaczonych w Polsce podejrzewałam, że być może interweniowała cenzura, bowiem akcja "Mężczyzny, który rozpłynął się w powietrzu" toczy się w Europie wschodniej. Podobnie dzieło Simenona dotyczące gości z naszej strefy czasowej pojawiło się u nas dopiero po transformacji. Wydanie "Roseanne" przeczy jednak tej spiskowej tezie. Ogromną zaletą nowych, starannie wydanych utworów z nowej -- starej serii jest -- obok twardej oprawy, może się nie rozpadną jak poprzednie -- wspaniałe tłumaczenie Haliny Thylwe. Maria Olszańska, która tłumaczyła poprzednie części, być może świetną tłumaczką była, jednak współczesnemu czytelnikowi owych dzieł polszczyzna w zębach zgrzyta, i opisane światy są tak odległe od czytelniczego doświadczenie lat 70-tych czy nawet 90-tych, że pewnie najlepszy tłumacz by poległ. Halina Thylwe tłumaczy szwedczyznę sprzed niemal półwiecza na współczesną polszczyznę, wstawiając takie wyrażenia jak "pomroczność jasna" czy "budżetówka". Martin Beck otrzymuje wezwanie, i odkrywa, jak tylko odrywa się od rodziny na wakacjach , że sprawa jest poufna i specjalnego znaczenia. Zaginął bowiem Alf Matsson, dziennikarz czasopisma które nie chce z jego zaginięcia robić sensacji. Okazuje się, że zaginiony podróżował dużo po Europie Wschodniej -- odwiedzał Warszawę, Pragę, Budapeszt, Sofię i Bukareszt. Ostatnio pojechał do Budapesztu i to stamtąd nie wrócił. Więc Martin Beck udaje się po jego śladach do stolicy socjalistycznych Węgier. Podróżuje turboodrzutowcem Iljuszyn 18, z międzylądowaniami w Berlinie i Pradze. Choć zobaczył po drodze wyłącznie porty lotnicze i hale tranzytowe, nie narzekał. W Berlinie wypił piwo Radeberger -- pewien był, że nie zapamięta tej nazwy. Próbował też odświeżyć swoją znajomość niemieckiego - choć kelner na Schönefeld mówił z akcentem berlińskim, pomogły ulotki koncernu Axela Springera -- propagandzisty Göbbelsa, jak piszą autorzy. Po kolejnym międzylądowaniu w Pradze Martin Beck trafia do budepesztańskiego hotelu. Recepcjonista posługiwał się tam bezbłędnym niemieckim , którego -- jak twierdził -- nauczył się nas Soczą w 1918--tym (według innych źródeł to bitwa pod Isonzo). Ale kierowca taksówki już nie mówił po niemiecku, i Beck musiał posługiwać się karteczką z adresem. Na szczęście spotkał miejscowego policjanta, który nie tylko mówił po angielsku, ale zaproponował spędzenie popołudnia na kąpielisku.Beck spotyka też turystki z własnego kraju, rozprawiające przy śniadaniu o tym co zabierają w podróż -- nie tylko chrupki chleb, ale i papier toaletowy. Co dziwi w tej konwersacji, to że papier toaletowy zabierają też na wycieczki do Hiszpanii -- widocznie są zapobiegliwe lub dzieje się to przed hiszpańskim turystycznym boomem. Raczej bez pomocy lokalnej policji Beck nie znając lokalnego języka wpada na kolejne ślady zaginionego -- w jednym hoteliku, potem w drugim. Szukać miał tam kobiet -- okazuje się, że interesował się węgierskimi sportsmenkami, być może poznanymi podczas rozgrywek w Szwecji. Gdy jednak Beck wpada w tarapaty miejscowa policja już tam jest, i nawet przestrzeliwuje kolano osobnikowi, który Becka próbował unieszkodliwić, a poza tym współpracował z innym, przez niego namierzonym. Jego nazwisko okazało się identyczne z nieznaną marką zamówionego na lotnisku piwa! Towarzysz Radebergera zeznaje, opowiada o przemycie i sprzedaży haszyszu. Okazuje się, że tak długo, jak proceder prowadzony był wewnątrz obozu wschodniego, był dość bezpieczny -- handlarze na wewnętrznym rynku i przemytnicy mogli liczyć na bezkarność, bo krajach obozu problem narkotyków nie istniał, a w krajach kapitalistycznych panowało przekonanie ze z bloku wschodniego nie ma czego przemycać, kontrola na granicach była więc symboliczna. To powierzchownej kontroli zawdzięczał swój połowiczny sukces morderca Matssona --choć musiał bywać w tych stronach wcześniej i wiedzieć , co dzieje się z paszportami po drodze i w hotelu. Dzięki tej wiedzy na chwilę mógł przedzierzgnąć się w belgijskiego studenta. Gdyby Beck nie udał się w tę trasę, pewnie by tego cwanego planu nie odkrył, dzięki swym doświadczeniom przyskrzynia go -- ale dopiero w rodzimej Szwecji. Bowiem Matsson ze Szwecji nigdy nie wyjechał, a jego podróż została przez zabójcę sfingowana. Książka rozpoczyna się sceną przesłuchania zabójcy z pijaństwa, zabójcy, który nie widział że zabija, i nie wiedział po co. Kończy się przesłuchaniem zabójcy, który chociaż w dziedzinie ukrycia swego nieco bardziej wyrafinowany, zabił po pijaku i ze złości. Maj Sjöwal, Per Wahlöö, Mężczyzna, który rozpłynął się w powietrzu, Amber, Warszawa 2009 , seria Kryminały z klasą, " to elegancka proza ubrana w wyrafinowaną kryminalną intrygę" pisze wydawca. Iza Desperak |