|
Klubowe Wieczory (7): Jak Jasiowi było w Małgosi...
Przyszedłem pierwszy. Na przeszpiegi. Nie mogłem trafić. Wejście do Jasia i Małgosi znalazłem słabo oświetlone. Wewnątrz siedziały dwie podstarzałe panie i człowiek z papierosem. Wybrałem stolik pod ścianą i zamówiłem Dojlidy. Smakowało. Wkrótce dołączył prezes. Miła na PRL-owską modłę kelnerka obrzuciła nas spojrzeniem jak wyzwiskiem. Prezes również zamówił piwo. Pogadaliśmy. O czym myśmy to Grzesiu mówili... O twoich kobietach, o MOich kobietach. Nadszedł Bartek. Wziął kawę bez mleczka i cukru. Chyba był wczorajszy. Potem gorzej pamiętam – albo nadszedł Paweł albo Ciasiowie. Obok nas restauracja powoli zapełniała się defraudantami, spekulantami, bezrobotnymi i samotnymi konikami. Wspaniałe towarzystwo. Szkoda, że wszyscy statyści. Być może ktoś postronny pomyślałby, że mieliśmy podjąć różne wspólne decyzje, ale podjęliśmy jedną, równie wspólną. W konsekwencji po chwili na stole pojawiło się 6 plisek. 6 bułgarskich koniaków wjechało na szklaną ladę niczym węgierskie paciorki. Wypiliśmy. Niezłe, choć drogie i niewielkie. Poszedłem do toalety. Miałem zapłacić, nie zapłaciłem. Dostałem klucz, wszedłem, zapaliłem światło. Czarno-biała podłoga śmierdziała szczyną. Przestałem oddychać. Zamek nie zamykał się. „Normalka” – pomyślałem. Muszla jak z niemych filmów – i równie czarno-biała co podłoga. „Gusta i guściki” – skwitowałem. Wykonałem odwieczną czynność, jak zawsze fascynującą, odprężającą zmęczone i zablokowane członki. Sięgnąłem do góry. Górnopłuk zaburczał jak miś Uszatek i ciurkiem zjawiła się woda. Chlusnęło na boki, ale umknąłem. Grzyby na ścianach przeskoczyły na płaski kaloryfer. Tylko pająk nie miał szczęścia. Żegnaj przyjacielu... Wyszedłem, umywszy dłonie w zimnej wodzie. Prezes czytał wybrane urywki o elemencie tapczanowym i innych. Zostawić go samopas – od razu zaczyna kogoś cytować. Po półtorej godziny wyszliśmy zostawiając 5% napiwek. Sala pozostała nienaruszona – przygotowana na wesela i wieczorki zapoznawcze, świeciła balonami, kolorowymi wężami i szczątkami kwiatów. Wyszliśmy jakby niezauważeni, zawiani zapachem niezmordowanego PRL-u. Komisarz Kociołek
|
|
Klubowe Wieczory (5)
Nasze ostatnie klubowe spotkanie odbyło się 17 stycznia. Miało się zacząć o 18, ale umówmy się, że nasze spotkania nigdy nie zaczynają się punktualnie. Ja przyszłam pół po 6 i byłam pierwsza...
Bohaterem Wieczoru (BW) był Krystian Ziemski. Co prawda każdy z nas miał przeczytać jakąś jego książkę, ale udało się to nielicznym.
Na początku oglądaliśmy zdobycze Prezesa z Giełdy Książek. Wydaje mi się, że nasza Biblioteka wzbogaciła się o jakieś 100 książek. Rozradował nas także wielce dar starego Walczaka (przepraszam od razu p. Walczaka, być może nie jest on wcale stary, ale to zestawienie słów bardzo mi się podoba). Prezes twierdzi że większość z tych darowanych książek to prawdziwe ‘białe kruki’.
Potem zaczęliśmy się dzielić wrażeniami z lektury dzieł BW. Ama opowiadała o „Ogniwach zbrodni”. Ja o „Sejfie w ścianie”. Kiedy streszczałam nudną intrygę i opowiadałam jak prowadzący śledztwo zdobył dowody winy przestępców, plątałam się nieco w opisie skomplikowanej maszynerii jaka była zainstalowana w szafce doktora Halperna. Klubowicz Remek pośpieszył mi z pomocą podsuwając jakże wdzięczne słowo – ‘pizdrygał’. Otóż tenże pizdrygał umożliwił por. Osmanowi odnalezienie tajnej skrytki. Następnie Jacek omawiał „Saldo mortale” – w której to powieści z połowy lat 80-tych opisana jest firma z kapitałem zagranicznym, co zgodnie uznaliśmy za przejaw talentu obserwacyjnego autora, przypominaliśmy sobie również jak takie spółki nazywano. I przypomnieliśmy sobie, że nazywano je ‘joint-venture’. Potem Prezes MO-rdu odczytał nam swoją recenzję „Tropami cieni” zamieszczoną w numerze 1/2001 (druk ulotny w posiadaniu nielicznych). Potem Andrzej omówił książkę pt. której intryga była tak skomplikowana, że aż nie do zapamiętania. Poza tym powieść ta eksploatuje wątek „z ziemi włoskiej do polskiej”, taką bowiem wędrówkę rozpoczyna jeden z bohaterów powieści, ale niestety na Słowacji zostaje ukatrupiony.
Po dyskusjach na różne tematy, obejrzeliśmy kolejny odcinek „07 zgłoś się”, pt. „Zamknąć za sobą drzwi”. Tylko dla pamięci powtórzę, że jest to pierwszy i jedyny Borewicz w wersji kinowej, oraz że na okładce kasety niesłusznie pojawia się Barbara Brylska (wcale nie występuje w tym filmie!). Przed sama projekcją przybył Klubowicz Byczak, przynosząc 10 piw, które to – jak głosiła plotka – nabył specjalnie na nasze spotkanie w dniu poprzednim. Za taką zapobiegliwość został nagrodzony gromkimi brawami.
W trakcie wieczoru padały różne propozycje usystematyzowania naszych wrażeń z lektur obowiązkowych, np. aby po przeczytaniu każdej książki wypełniać krótką ankietkę dotycząca jej treści. Padł też pomysł aby stworzyć bazę z nazwiskami dzielnych milicjantów, o których czytamy, i z nazwiskami złych przestępców, o których czytamy, i z nazwami instytutów naukowych (o ile takowe występują w książkach które czytamy)... Klubowicz Bartek ciągle proponował abyśmy zapisywali jeszcze marki i roczniki samochodów, które są opisywane w książkach, które czytamy... Powracał do tej propozycji z uporem godnym lepszej sprawy, nawet podczas kuluarowych rozmów na papierosowej przerwie. W każdym bądź razie, aby spełnić te wymogi formalne, podaję do wiadomości, że głównym prowadzącym śledztwa w książkach BW jest major Jerzy Bieżan. Kasia Piwowarczyk
|
|
Klubowe wieczory (4)
Czwarte spotkanie Klubu przypadło na niedzielne popołudnie. Pierwszy pojawił się Jacek i sądziłem, że przez jakiś czas będziemy sami. Wkrótce jednak nadszedł Smolu. Przewodził silnej grupie. Wraz z nim pojawiła się Ama, jej koleżanka Kasia (nowa Klubowiczka) oraz Bartek z Agnieszką (nowa Klubowiczka). Potem jeszcze doszedł Remek, Andrzej, Paweł i Marek. Było wiec nas 11 osób, co stanowi rekord klubowej frekwencji. Brakowało jedynie Ani (chora) oraz Joanny Rożko. Ola jest Klubowiczką wirtualną. Nie pojawia się osobiście, ale opłaca składki i nawet zamierza pisać do „MO-nitora”.
Wydarzeniem wieczoru było rozdanie pierwszego numeru naszego biuletynu „Monitor” zawierającego 9 recenzji. Mam nadzieję, że od tej pory teksty będą spływać już na bieżąco i nie będę musiał zapychać połowy numeru swoimi materiałami. W pierwszych, gorących ocenach dominowały głosy zachwytu i euforii. Tu i ówdzie pojawiły się jednak uwagi, że recenzje to trochę mało (Andrzej Byczak) oraz, że należy zamieszczać sprawozdania ze spotkań klubowych (Marek), a także informacje o seriach i zbiorach (co jest, co posiadamy w bibliotece itd.). Jak najbardziej się z tym zgadzam. Sam zamierzam dołączyć swój kamyczek. Przed wszystkim czekam jednak na materiały od Klubowiczów. Wspólnie musimy pisać swoja historię.
Przedstawiłem kilkanaście nowości w naszej klubowej bibliotece nabytych ze składek. Dla porządku zaznaczę, że na spotkaniu zebraliśmy 39 zł (Paweł 10 zł, Kasia 10 zł, Barek 5 zł, Jacek 4 zł, Prezes 10 zł). Andrzej Byczak obiecał dosłać coś przelewem.
Bohaterem był Zygmunt Zeydler-Zborowski, trzeci, po Annie Kłodzińskiej i Jerzym Edigeyu, z wielkiej trójcy powieści milicyjnej. Streszczone zostały znamienite utwory: „Bardzo dobry fachowiec” (pozwoliłem sobie zwrócić uwagę na fragmenty, w których Rolson poznaje Warszawę oraz ukazałem niedostosowanie międzynarodowego mordercy do naszych realiów, co w końcu doprowadziło go do zguby). Andrzej omówił „Pieczeń sarnią” ze szczególnym uwzględnieniem problematyki wiejskiej i lokalnej obyczajowości. Intryga dotyczyła podmieniania cielaków rasowych zwykłymi. Jacek wspomniał o „Paście do zębów”, w której ukryta była trucizna. Andrzej dodatkowo omówił „Sylwester inspektora Rogosza” Wilhelminy Skulskiej. Akcja rozgrywała się w środowisku wyrokowców, stąd gwara więzienna i słowa w rodzaju kindybał, cwel oraz parówa. Agnieszka skupiła się książce „Człowiek o centkowanej twarzy”, które akcja częściowo rozgrywa się w burdelu. Klubowiczka wybrała kilka smakowitych cytatów. Bartek podzielił się refleksjami z książki „Otruć czy pokochać” niejakiego Rowina. Bliższą wiedzę wspomnianych publikacjach zyskamy z recenzji, które powinny niebawem napłynąć.
Po części merytorycznej było w planie obejrzenie filmu z serii „07 zgłoś się”. Odcinek „Przerwany urlop” na podstawie „Bardzo dobrego fachowca” Z. Zborowskiego. Przed projekcją rozlano piwo przyniesione przez Andrzeja Byczaka i wino przyniesione przez Kasię. Wcześniej raczyliśmy się znakomitym kwasem chlebowym, który dostarczył Bartek.
Wszyscy rozlokowali się na kanapie, krzesłach i dywanie. Było dosyć ciasno, ale przytulnie. Co poniektórzy chrupali ciasteczka. Można było również swobodnie korzystać z toalety lub wychodzić na korytarz zapalić. Zgasło światło i pojawił się Marcin Troński jako Kurt Rolson, a dopiero potem do akcji ruszył porucznik Borewicz. Zgodnie orzekliśmy, że to jeden z ciekawszych odcinków. Intryga naciągana, ale te odzywki, ale scenki rodzajowe i obyczajowe. Po prostu poezja.
Była późny wieczór, kiedy Klubowicze rozchodzili się do domów. To było bardzo udane spotkanie.
Dla porządku odnotuję tylko, że na materiały do 2 nr „MO-nitora” czekam do 15 stycznia. Grzegorz Cielecki
|
|
Klubowe wieczory (3)
Dnia 19 bieżącego miesiąca w lokalu nr 90 domu przy ulicy Jana Pawła Marchlewskiego 65 odbyło się kolejne spotkanie miłośników powieści milicyjnej. Tradycyjnie rozpoczęto od podpisania listy obecności. Autografy złożyli Klubowicze: Grzegorz, Marek, Ama i Smoleń oraz Remek. Reszta uczestników (Andrzej B., Paweł D., Jacek i Asia) nieco się spóźniła. Ania nie mogła przybyć z powodu pochorobowej kwarantanny.
Na wstępie Prezes przypomniał, że bohaterem Wieczoru ma być klasyk gatunku – Jerzy Edigey. Następnie zdecydowano, że lektura rozprawy St. Barańczaka zostaje odłożona do czasu, aż każdy Klubowicz otrzyma egzemplarz i zapozna się z nim samodzielnie (ksero obiecał wykonać spóźniony Klubowicz Andrzej B.)
Nasz znakomity Prezes zaprezentował zakupione egzemplarze „Ewa wzywa 07” i inne kryminały, po czym zaapelował o wpłacanie składek. Pod wpływem tych gorących próśb zmiękły serca (i otworzyły się portfele) części uczestników spotkania. Andrzej B, jak na rasowego biznesmena przystało, nadesłał składkę przelewem. Do kasy klubu wpłynęło 50 PLN oczywiście przeznaczonych na uzupełnienie zbiorów.
Ustalono, że następne spotkanie odbędzie się 6. 01. 2002 roku o godzinie 18 w lokalu tradycyjnym. Motywem przewodnim ma być twórczość Zygmunta Zeydlera – Zborowskiego. Zostaną też wygłoszone referaty: Kobieta w powieści milicyjnej (Ama), Noc sylwestrowa jako element czasoprzestrzeni powieści milicyjnej (Smoleń), Powiat pruszkowski jako miejsce akcji powieści milicyjnej (Marek)
Przypomniano, że cały czas należy zbierać materiały do biografii Szczęsnego. Szanowny Prezes obiecał zapoczątkować ww. biografię. Padł też pomysł stworzenia Encyklopedii Pisarzy Powieści Kryminalnych. Klubowicz Smoleń zaapelował o zbieranie szczegółów dotyczących dawnej Warszawy.
Po tej garści spraw organizacyjnych można było przejść do Bohatera Wieczoru – Jerzego Edigeya. Prezes przedstawił uczestnikom jego życiorys „w pigułce” i zwrócił uwagę na jego charakterystyczne elementy. Następnie podzielił się refleksjami z lektury powieści „Sprawa dla jednego”. Prelekcja była niezwykle zajmująca (głosy z sali) z akcentami regionalnymi (próba stworzenia portretu psychologicznego przeciętnego mieszkańca Targówka z połowy lat siedemdziesiątych). Na koniec „razdalis burnyje apłodismienty” czyli burzliwe brawa.
Po Edigeyu przyszła kolej na sylwetkę Jerzego Gierałtowskiego – autora jednego z zeszytów serii „Ewa wzywa 07” pt. Grobowiec rodziny von Rausch i scenariusza do filmu z serii „07 zgłoś się” pod tym samym tytułem. Okazało się, że był on dosyć cenionym literatem specjalizującym się w powieściach grozy.
Po Prezesie zabrał głos Klubowicz Paweł D. przedstawiając garść wrażeń z lektury Zdrajcy Anny Kłodzińskiej – bodaj jedynego utworu, w którym nie występuje kapitan Szczęsny. Na koniec Jacek przedstawił sprawozdanie z lektury Zbrodni w południe Jerzego Edigeya.
Ukoronowaniem tak owocnego wieczoru była projekcja filmu z serii „07 zgłoś się” pt Strzał na dancingu opartego na powieści Bohatera Wieczoru.
PS. Drugim Bohaterem Wieczoru były likiery
PS. Wesołych Świąt !!!!!! Marek Ciaś
|
|
PIERWSZA ROCZNICA KLUBU – SPOTKANIE W LOTOSIE
Ponad rok istnienia klubu uczciliśmy w piątek 13 grudnia w restauracji Lotos na Belwederskiej. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo – lokal jest barwnie opisany w „Dniu słodkiej śmierci” Janusza Głowackiego (Ewa nr 12, rok 1969). Od tego czasu miejsce zmieniło się nieznacznie, tak jak w czasach porucznika Goraja można tam spożyć wyśmienitego tatara i napić się tradycyjnej, polskiej brandy marki Jarzębiak. Pani kelnerka wyraźnie zainteresowana historią literacką miejsca otrzymała od nas w prezencie egzemplarz „Ewy” rewanżując się kolejką piwa. W znakomitej atmosferze błyskawicznie zleciały trzy godziny i trzeba było opuścić lokal czynny tylko do 22. Następne spotkanie już niedługo 3 stycznia 2003 u Prezesa.
Sprawozdanie Marka DZIEŃ SŁODKIEJ LIBACJI
Porucznik Goraj miał zły dzień. Od rana waliły się na niego skomplikowane sprawy, zdenerwowany szef ciągle przypominał o niewyjaśnionej sprawie wyłowionych z Wisły w okolicach Młocin zwłok. Zdegustowany spoglądał w okno, na ponury grudniowy dzień i dopalał kolejnego „ekstramocnego”. Nie cieszyło go nawet planowane na wieczór spotkanie z piękną Iloną. Przekładał kolejne papiery raczej markując ciężką pracę. Dotrwał tak do godziny 18, o której opuścił wreszcie swój nieprzytulny pokój w pałacu Mostowskich. Ogarnął go chłód zimowego wieczoru. Podszedł do najbliższej budki telefonicznej, bezceremonialnie wymachując służbową legitymacją (takie drobne nadużycie władzy) wepchnął się do środka. Bardzo szybko, bo tracąc tylko trzy złotówki, otrzymał połączenie z Iloną. Odwołał spotkanie, tłumacząc się bólem głowy. Postanowił spędzić wieczór samotnie w lokalu. Może to poprawi mu humor?
Rozklekotany, przegubowy „Jelcz” oznaczony numerem 116 dowiózł go aż pod gościnne bramy restauracji „Lotos” na rogu Chełmskiej i Belwederskiej. Przeszedł na drugą stronę ulicy i ze zdziwieniem skonstatował, że znalazł się jakby w innym świecie. Przed restauracją stało tylko kilka samochodów, za to wszystkie wyglądały na zachodnie – ani jednej „Syreny” czy „Fiata 125”. Z roztargnieniem pchnął drzwi. Zdziwiła go pustka i brak portiera witającego gości. Przed szatnią własnie witała się czwórka młodych ludzi: trzech panów i dziewczyna. Chwilę później weszli do sali. Porucznik oddał płaszcz szatniarce i uczynił to samo. Młodzi ludzie wybrali miejsce w sali z parkietem przy oknie i właśnie zsuwali dwa stoliki. Widocznie umówili się z przyjaciółmi...
Goraj też zajął miejsce przy stoliku i przywołał kelnerkę. Najpierw jednak podeszła do zsuniętych stolików. Usłyszał jak goście pytają o jarzębiak i tatar (jego ulubiony zestaw) i pokazują kelnerce jakąś niebieską broszurę. Znał tę sympatyczną blondynkę (wiek „tramwaj szczytowy” – na oko), która pracowała w „Lotosie” już od 16 lat. Za chwilę podeszła także do niego. Oczywiście zamówił „zestaw obowiązkowy” czyli tatara i mały jarzębiak. Z nieprzyjemnym zdziwieniem przyjął wiadomość, że ostatnią butelkę zamówili goście spod okna, a tatar został tylko z łososia. Pozostała mu zatem tylko „lorneta z galaretą”. Po konsumpcji rozciągnął się wygodnie na krześle i zaczął z zawodowym nawykiem obserwować towarzystwo spod okna. Wprawnym uchem łowił prowadzoną rozmowę. Zwrócił uwagę na często padające zwroty „Klub Powieści Milicyjnej”, „Allegro”, „znowu nikt nie napisał recenzji”. Po około 15 minutach dołaczył nowy gość i przy złączonych stolikach rozgorzała dyskusja, czy należy mu się wódka i zakąska „na koszt klubu”. Wreszcie osobnik tytułowany „Prezesem” zarządził, że nowo przybyły jednak „służbowy” poczęstunek otrzyma.
Rozmowy prowadzone przy stoliku pod oknem coraz bardziej frapowały porucznika. Powtarzające się zarzuty o bierność i niechęć do pisania recenzji sugerowały, że to chyba redaktorzy jakieś gazety. Skąd zatem ten Klub? Postanowił zasięgnąć języka u kelnerki. Zamówił zatem jeszcze jedną „setkę” i „meduzę” i przy okazji dowiedział się, że towarzystwo spod okna właśnie jego śladem przybyło do „Lotosa”. Ofiarowali kierownictwu lokalu egzemplarz „Dnia słodkiej śmierci”, za co otrzymali serdeczne podziękowanie wyrażające się w darmowej kolejce dla wszystkich.
Wkrótce impreza rozkręciła się na dobre, przybyły jeszcze trzy panie i jeden pan, karierę robiły śledzie w śmietanie i łosoś (oczywiście oprócz tatara – efekty konsumpcji będą znane za dwa tygodnie – okres wylęgania się salmonelli). Około godziny 22 kelnerka wszystkim biesiadującym dostarczyła rachunki – lokal jest bowiem o tej godzinie zamykany z uwagi na położenie pod lokalami mieszkalnymi. Klubowicze powoli się rozchodzili. Spotkanie było bardzo owocne. Zapadło postanowienie o konsumpcji podczas kolejnych spotkań „czegoś ciepłego”, pojawiły się śmiałe pomysły zorganizowania klubowego wieczoru w saunie. Webmaster zobowiązał się do aktualizacji strony internetowej a klubowicze wreszcie mają pisać recenzje.
W nowy rok wkraczamy zatem z nowymi planami i oczywiście wszystko będzie szło jak z płatka.
Spotkanie w „Lotosie” odbyło się 13. XII. 2002 roku w godzinach 19.00 – 22 z minutami.
Marek Ciaś
|
|